Można chyba powiedzieć: ilu widzów, tyle festiwali. W Cieszynie jest inaczej niż, dajmy na to, w Krakowie: na Nowych Horyzontach – choćby nie wiem jak bardzo by się chciało – po prostu nie można obejrzeć wszystkiego. Dokonując codziennych wyborów każdy z widzów modeluje swój własny festiwal i trzeba pogodzić się z faktem, że powstaje w ten sposób szereg doświadczeń indywidualnych, które bardzo trudno porównywać (tj. gdyby ktoś bardzo chciał to robić).
Zazwyczaj wspólnym punktem odniesienia pozostaje część konkursowa. W tym roku, przyznaję, haniebnie ją zlekceważyłem. Choć, obejrzawszy trzy filmy i wystawiwszy trzy noty (2, 3, 1), uprawiony wydaje mi się inny wniosek, a mianowicie taki, że w tym roku to konkurs haniebnie zlekceważył mnie (tj. widza). Czy filmy równie mało subtelne, jak “Anatomia piekła” powinny znajdować się w tej właśnie sekcji? Czy nieznośnie długi “dokumentalny esej” (hasło wytrych, przewijające się przez cały festiwal) o ojcu Andrieja Tarkowskiego nie powinien być raczej wyświetlany w COK-u dla widzów szczególnie zainteresowanych? Mam duże wątpliwości – najwyższa pora jednak przerwać ich wygłaszanie, bo, przyznaję, widziałem za mało, by móc wygłaszać całościowe sądy dotyczące konkursu.
To, co udało mi się w Cieszynie obejrzeć, interesowało mnie ze względu na rozpiętość i różnorodność reżyserskich strategii. Sprawiało mi przyjemność porównywanie sposobów, na jakie twórcy starali zbliżyć się do swoich bohaterów, poznać ich tajemnicę. W tajwańskim “Zaginionym” sposób był ekstremalny: ustawić kamerę na statywie, obserwować i czekać. W jednej czy dwóch scenach to się nawet udało, ale całość wydawała się jednak zbyt mało dopracowana, nieprzemyślana. Antonioni: wiadomo. Umieszcza bohatera w przepastnej i nieprzyjaznej przestrzeni, po czym obserwuje, jak bardzo ta przestrzeń wzmaga w człowieku poczucie samotności i bezsensu. Cieszę się, że miałem okazje zobaczyć na dużym ekranie “Czerwoną pustynię”; doszedłem bowiem do wniosku, że w jednym ujęciu z tego filmu streszczony jest cały pesymizm Antonioniego: chodzi mi o scenę, w której nieruchome sylwetki ludzi znikają, połykane przez gęstniejącą mgłę. Natomiast cała nadzieja, jaka również przebłyskuje w tych filmach, widoczna jest w scenie innej: w olśniewającym ostatnim ujęciu “Przygody”. Dłoń Moniki Vitti jako znak, że być może nie wszystko jest pozbawione sensu – cudo.
Najzuchwalej zachował się, co było do przewidzenia, Peter Greenaway: pierwsze dwie części jego “Walizek Tulse’a Lupera” to jak gdyby policzek wymierzony tym wszystkim, którzy jeszcze wierzą w opowiadanie historii. Prawda o bohaterze? Coś takiego nie istnieje! Greenaway gromadzi tony faktów, cyfr, obrazów, które jakoś tam dotyczą życia jego fikcyjnego bohatera i sugeruje: to wszystko nie niesie z sobą żadnej prawdy o człowieku. Od czasu do czasu na ekranie pojawia się hasło: “Nie ma historii, są tylko historycy”. Trudno o lepsze podsumowanie “Walizek…”: wszystko jest w nich skatalogowane i policzone (widz wie nawet, ile kopniaków i ciosów wymierzono bohaterowi!), a jednocześnie nic nie jest tak naprawdę ujawnione czy odkryte. Greenaway ma w sobie coś z psychologa-behawiorysty, coś z archiwisty i coś z biologa: podważa moc medium filmowego jako narzędzia opisu człowieka, bo jego zdaniem służyć ono może jedynie zmyśleniu. Jego erudycja i talent do pisania dialogów są tak wielkie, że jego “Tulse Luper”, który w zasadzie jest czymś w rodzaju kinematograficznej dywersji, zachwycił mnie najbardziej ze wszystkich nowych filmów, jakie widziałem w Cieszynie.
Czy pisać o pozakonkursowych wpadkach? Takich jak “Niezwyciężony” Herzoga czy “The Five Obstructions” von Triera? Pierwszy był tylko nieudolny, ale w tej swej nieudolności niewinny; uczestniczenie w pokazie drugiego miało natomiast niemiły posmak świadkowania prywatnym porachunkom von Triera.
Był jeszcze “Zły smak” Jacksona, pełen werwy i pomysłowości, ale także: krwi i wnętrzności (pierwsza para cieszyła, druga to nużyła, to wzmagała obrzydzenie); było japońskie “Audition”, w którym nareszcie to mężczyzna cierpiał; wreszcie było “The Eye”, czyli “Szósty zmysł” z medycznym uzasadnieniem. No i dokument Sulika o Juracku: najbardziej osobisty film, jaki udało mi się obejrzeć w Cieszynie; cicho przeczący pesymizmowi poznawczemu Greenawaya.
Cóż: za rok, jak powiedzieliby starsi panowie dwaj, na Fassbindera-by! Po prawdzie, trochę żałuję, że właśnie ten twórca został zaszczycony przywilejem pełnej retrospektywy. Nie chcę zabrzmieć jak homofob czy wróg transgresji (za to drugie niedługo będą wsadzać do więzienia), ale marzy mi się (po Pasolinim i Jarmanie), jakiś przegląd w miarę NORMALNY. Mike Leigh, na przykład. Fellini – o! Czy wyobrażacie sobie seans odnowionej kopii “Amarcordu”…? Czy tylko ja umarłbym ze szczęścia, śledząc razem ze wszystkimi łobuzami z Rimini cudowną Gradiskę, której kształtów NIE przysłaniałyby rysy i plamy, i której głos NIE byłby zmącony przez trzaski…? Cóż nie pozostaje nic innego, jak modlić się do pana Gutka. I czekać na następny festiwal.
© pati 2007. | Redakcja: ???