Najbliższe spotkanie: 26 kwietnia, godzina 20.30
Gdzie: Filmowa Cafe w KIJÓW.CENTRUM
wjazd oczywiście za friko, wymagany dobry humor i odrobina odwagi
Czym jest movieoke?
Najlepiej charakteryzuje je cytat z artykułu Sylwii Kawalerowicz z marcowego “Aktivista”:
Movieoke to połączenie mechanizmu karaoke z filmową zajawką. Sposób na to, by wyzwolić swego wewnętrznego Travisa Bickle’a, Lorda Vadera albo Adasia Miauczyńskiego. “To wspaniała gra, o ile nie boisz się zrobić z siebie głupka” – mówiła pomysłodawczyni, młoda reżyserka z Nowego Jorku, Anastasia Fite. Na pomysł organizowania wieczorków z odgrywaniem scen z filmów wpadła cztery lata temu. Idea pojawiła się, kiedy napisała scenariusz do krótkiego metrażu, którego bohaterka posługiwała się wyłącznie cytatami z największych dzieł X muzy. Tak narodziło się movieoke. Patent jest prosty – zamiast śpiewać, “dubbingujemy” sceny.
Nie przechwalając się, artykuł ten zainspirował nas do organizacji movieoke w Krakowie. Strona www.movieoke.net to strona Anastasii Fite, pomysłodawczyni movieoke A tutaj: link do artykułu Sylwii Kawalerowicz.
więcej na www.movieoke.filmoznawcy.pl.
Weźcie znajomych, rodziców, babcię, sąsiadkę i wpadnijcie na movieoke
Dziś w Cieszynie rozpoczyna się jubileuszowa edycja największego w Polsce przeglądu kina środkowoeuropejskiego – Kino na Granicy.
Wystawa Błądzenie między sierpniem 1968 a listopadem 1989
Sześć dni pokazów filmowych, prezentacja najnowszych filmów z Polski, Czech i Słowacji, Węgierska Wiosna Filmowa – to tylko część atrakcji, które czekają na uczestników i gości 10. Przeglądu Filmowego Kino na Granicy. W tym roku padł rekord frekwencyjny – sprzedano ponad 400 akredytacji, a w programie Przeglądu znalazło się prawie 70 tytułów filmowych. Swoją obecność w Cieszynie potwierdzili już m.in. Petr Zelenka, Martin Sulik i Jan Hrebejk.
W kasach kin Central i Piast oraz w Teatrze im. Adama Mickiewicza można jeszcze kupić bilety na wszystkie seanse. W biurze organizacyjnym (Zamek w Cieszynie) na widzów czekają karnety trzy i jednodniowe.
Wszystkie bieżące informacje znajdują się na stronie www.kinonagranicy.pl
Serdecznie zapraszamy do Cieszyna!
POLECAMY DZIŚ – WTOREK 29.04.2008
Wystawa plakatów ANDRZEJA PĄGOWSKIEGO KaSS godz. 16:00
Andrzej Pągowski urodził się w 1953 roku. Jest absolwentem Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Poznaniu, Wydział Plakatu, dyplom u prof. Waldemara Świerzego. Autor ponad 1000 plakatów wydanych drukiem w Polsce i zagranicą. Ponadto zajmuje się ilustracją książkową i prasową, jest autorem okładek płyt, scenografii teatralnych i telewizyjnych, scenariuszy filmów i teledysków. Swoje prace Andrzej Pągowski prezentował na licznych wystawach indywidualnych w kraju i zagranicą. Otrzymał za nie kilkadziesiąt nagród polskich i zagranicznych, wśród których warto wymienić kilkanaście najwyższych trofeów na Międzynarodowym Konkursie na Najlepszy Plakat Filmowy i Telewizyjny w Los Angeles oraz kilka nagród głównych na Międzynarodowym Konkursie na Plakat Filmowy w Chicago.
Andrzej Pągowski jest autorem plakatu do tegorocznej edycji Kina na Granicy.
Cykl Jubileuszowy 11 FILMÓW NA 10-LECIE
Podczas dziewięciu edycji Kina na Granicy zaprezentowaliśmy blisko 250 filmów, a w specjalnej ankiecie poprosiliśmy widzów i gości poprzednich edycji Przeglądu o wytypowanie 10 z nich, które chętnie jeszcze raz obejrzeliby w Cieszynie. Tak miał powstać cykl “10 filmów na 10-lecie”. Ale nie powstał… Po podliczeniu głosów okazało się, że dwa filmy, z tą samą liczbą wskazań, okupują miejsca 10. i 11. Szybko dokonaliśmy więc korekty nazwy i oto przed Państwem Cykl Jubileuszowy 11 filmów na 10-lecie.
Dzisiejsze seanse:
Pali się, moja panno (reż. Milos Forman)
Zmory (reż. Wojciech Marczewski)
Guzikowcy (reż. Petr Zelenka)
Ogród (reż. Martin Sulik)
Sklep przy głównej ulicy (reż. Jan Kadar, Elmar Klos)
Koncert COOLOPERATION KaSS godz. 22:00
Muzycy tworzący projekt COOLOPERATION wystąpili podczas ubiegłorocznej edycji Kina na Granicy. Formacja ta została powołana do życia specjalnie na tę okazję. W tym roku po raz kolejny pojawią się jako gość specjalny Przeglądu. Ich muzyka to fascynująca mieszanka oscylującą w okolicach jazzu, popu i klimatów latynoamerykańskich. Ciekawe aranżacje znanych utworów oraz ciepły i przyjemny dla ucha głos wokalistki Jagienki Zając (laureatki wielu festiwali wokalnych) gwarantują niezapomniane przeżycia.
POLECAMY JUTRO – ŚRODA 30.04.2008
Wystawa BŁĄDZENIE MIĘDZY SIERPNIEM 1968 A LISTOPADEM 1989 Zamek godz. 15:00
Z okazji przypadającej w tym roku czterdziestej rocznicy Praskiej Wiosny jednym z wydarzeń towarzyszących Przeglądowi Kino na Granicy jest wystawa zdjęć dokumentujących dzień interwencji wojsk Układu Warszawskiego, przełomowe wydarzenia lat 1988-1989 oraz sylwetki Jana Palacha i Jana Zajíca. Kuratorem wystawy jest dr Jiří Suk z Instytutu Historii Współczesnej Akademii Nauk Republiki Czeskiej.
Zapraszamy również na konferencję Marzec’68 i Praska Wiosna – 40 lat później, której gośćmi będą m.in. Jerzy Kronhold (Konsul Generalny RP w Ostrawie) oraz dr Petr Koura z praskiego Uniwersytetu Karola. Konferencja rozpocznie się o godzinie 10:00 na Zamku w Cieszynie.
Uroczyste otwarcie – pokaz filmu BRACIA KARAMAZOW (reż. Petr Zelenka) Teatr im. Adama Mickiewicza godz. 19:00
W niespełna tydzień po czeskiej premierze najnowszego filmu Petra Zelenki pokaz BRACI KARAMOAZOW uświetni uroczyste otwarcie Przeglądu Kino na Granicy. Gościem Specjalnym polskiej przedpremiery będzie zaprzyjaźniony z Cieszynem reżyser.
Podczas otwarcia Przeglądu nastąpi również moment bardzo uroczysty – Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Lech Kaczyński uhonorował działaczy ruchu “Polsko-Czesko-Słowackiej Solidarności” wysokimi orderami i odznaczeniami. Wśród odznaczonych jest również Jolanta Dygoś – Dyrektor Przeglądu Kino na Granicy. Ordery Zasługi Rzeczpospolitej Polskiej wręczy Sekretarz Stanu w Kancelarii Prezydenta RP Pani Minister Ewa Junczyk-Ziomecka.
Koncert JUREK BOŻYK KaSS godz. 22:00
Jurek Bożyk, a właściwie Jerzy Michał Bożyk to postać doskonale znana wszystkim wielbicielom jazzu. Mówią o nim polski “Ryj Czarls”, jest laureatem wielu nagród muzycznych, autorem śpiewników, taperem filmowym, lwowiakiem. Z zespołem Beale Street Band koncertował w całej Polsce, Europie i za oceanem. Wykonywał muzykę do filmów m.in. do Vabank II, czyli Riposta. Jako aktor pojawił się w najnowszym filmie Petra Zelenki BRACIA KARAMAZOW.
Biuro Prasowe
10. Przegląd Filmowy
Kino na Granicy / Kino na Hranici
Cieszyn / Czeski Cieszyn
29.04 – 04.05 2008
W związku z polską premierą filmu Wong Kar-Waia, My Blueberry Nights, Wydawnictwo innowacyjne Novae Res wydało książkę poświęconą twórczości tego reżysera: Między słowem a ciałem. Przestrzeń dialogu w kinie współczesnym. Wong Kar-Wai i konteksty Julii Gierczak.
Gdybyście byli zainteresowani zrecenzowaniem publikacji, o której mowa wyżej, wydawnictwo prosi o kontakt. Chętnie udostępni bezpłatnie elektroniczną bądź drukowaną (do wyboru) wersję książki.
Kontakt do wydawnictwa:
wojciech.gustowski@novaeres.pl
www.novaeres.pl
Najpierw był „Testosteron”, czyli męskie rozterki i kobiety widziane z ich perspektywy. „Lejdis” miał być filmem o kobietach i ich naturze. Można by było zatem przypuszczać, iż będzie on kontynuacją „Testosteronu”. Na szczęście nie do końca tak się stało. Niemniej jednak w filmie poświęconym kobietom pojawiają się zarówno wątki jak i wielu aktorów z „Testosteronu”.
Film „Lejdis” jest historią czterech przyjaciółek mieszkających w Warszawie. Panie mają dosyć nietypowy zwyczaj obchodzenia sylwestra w lecie. Znają się od dziecka i łączy je prawdziwa kobieca przyjaźń. Poznajemy ich życie, plany, marzenia i porażki. Kobiety łączy też jeszcze jedna sprawa, a mianowicie ciągłe rozterki miłosne i problemy z mężczyznami.
Film Tomasza Koneckiego to przezabawna historia, swobodnie skomponowana i ciekawie opowiedziana. Przywołuje na myśl takie produkcje jak: „Seks w wielkim mieście” czy „Ally McBeal”. „Lejdis” jest filmem o energicznych, młodych i przebojowych kobietach żyjących w wielkim mieście. Choć film jest komedią pełną humoru i zabawnych sytuacji porusza on również poważne problemy. Bardzo ciekawie prezentują się cztery główne bohaterki filmu. Każdą z nich możemy wpisać w jeden ze znanych kobiecych modeli często prezentowanych w prasie kolorowej czy telewizji. I tak Łucja, nauczycielka (Edyta Olszówka) jest matką samotnie wychowującą syna, Korba, korektorka w kobiecym piśmie „Biba” (Anna Dereszowska) boi się zaangażować się uczuciowo i szuka zapomnienia w seksie, Gośka, żona polityka (Izabela Kuna) chce za wszelką cenę mieć dziecko, a z kolei Monika, milionerka (Magdalena Różczka) za wszelką cenę dziecka mieć nie chce. Owe kobiety są, zatem pewnego rodzaju parodią wzorców kobiet tak chętnie lansowanych w różnego rodzaju kobiecych pismach. Choć „Lejdis” to komedia, nie zawsze jest wesoło i kolorowo. Kobiety przeżywają wiele problemów i nie do końca są szczęśliwe. Dużą zaletą filmu jest również złożoność postaci. Łucja wciąż ślepo wierzy mężczyźnie, który ją zdradza, Korba boi się prawdziwej miłości i jest przez to samotna, Gośka z kolei za wszelką cenę chce być matką, choć jej mąż okazuje się być homoseksualistą, a Monika sądzi, że tak naprawdę liczy się tylko piękno zewnętrzne. Zatem pod śmiechem kryje się smutna prawda: strach przed zaangażowaniem w uczucie, samotność, czy też ciągłe poszukiwanie miłości. Warto również zauważyć, iż film przedstawia współczesne, żyjące w wielkim mieście kobiety i dotykające je problemy.
Film jest dobry, lecz nie bez skazy. Drażni zakończenie i bezsensowne silenie się na szczęśliwy happy end oraz wątek umierającego ojca Kobry. Ogromnym atutem „Lejdis” jest również gra aktorska. Słynne i znane z wielu seriali aktorki miały okazję na stworzenie barwnych i głębokich postaci. Aktorki pokazały zatem, że posiadają naprawdę dobry warsztat. Kolejna zaleta filmu to świetne dialogi. Twórcy spisali się znakomicie, gdyż język, jakim posługują się postacie jest plastyczny, bardzo współczesny i zabawny. Łatwo możemy zauważyć, co łączy „Testosteron” z „Lejdis”. Zarówno w jednym jak i w drugim dostrzegamy znaną od wieków prawdę życiową. Otóż w „Testosteronie” mężczyźni, a w „Lejdis” kobiety przeżywają rozterki związane z drugą płcią, stwierdzając, że jej nie rozumieją. W konkluzji jednak kobiety przekonują się, że nie mogą żyć bez mężczyzn, a mężczyźni, że nie mogą żyć bez kobiet. Na szczęście „Lejdis” nie jest do końca lustrem „Testosteronu”. W filmie poświęconym kobietom, znajdujemy również próbę uchwycenia kobiecej natury, pokazania kobiet w słodko-gorzki sposób.
Film Tomasza Koneckiego jest, zatem dobrą komedią, pełną lekkości i swobody. Nie sili się na ukazywanie wielkich i podniosłych idei. Spełnia swoją rolę w stu procentach i dlatego jest warta polecenia zarówno kobietom jak i mężczyznom, choć nie da się ukryć, że kobiety będą się śmiały do rozpuku.
Alicja Łoś
Pierwszy raz wybrałem się na festiwal do Gdyni. Czyli: na 32. Festiwal Polskich Filmów Fabularnych. Z liczących się festiwali w Polsce to był bodaj ostatni, w którym nie brałem jeszcze udziału. Liczący się? No właśnie… To temat na zupełnie inne opowiadanie.
Oto garść moich refleksji (zrodzonych w nocnym pospiesznym relacji Gdynia-Kraków)…
Nie da się ukryć, że Gdynia to ?największe święto polskiego kina? – z wszelkimi zaletami i wadami tego zjawiska. Spośród zalet: jedna, zasadnicza – możliwość obejrzenia całości rodzimej bieżącej produkcji (dla spragnionych dodatkowych atrakcji – możliwość otarcia się o gwiazdy i gwiazdeczki). Spośród wad: jedna, zasadnicza – mocno kulejąca organizacja festiwalu, w tym działalność biura (mówiąc dosadnie: ten festiwal nie musi się starać o jakość organizacji, wiadomo wszakże, że za rok i tak się odbędzie) oraz druga, paradoksalna – możliwość obejrzenia całości rodzimej bieżącej produkcji, choć na zasadzie loterii – wiele pokazów to (pra-)premiery filmów często bardzo wątpliwej jakości, więc idzie się do kina ?w ciemno?, ewentualnie bazując na entuzjastycznych materiałach producenckich. Czasami naprawdę powoduje to prawdziwy ból istnienia. I niektórych części ciała.
Skupiłem się na konkursie, w wolnych chwilach dopełniając sobie program archiwaliami (stare, ale jakże jare filmy Janusza Majewskiego: ?Lekcja martwego języka?, ?Sprawa Gorgonowej?, moje ukochane ?Zaklęte rewiry?!). Jak to zwykle bywa, po obejrzeniu filmów konkursowych, same układają się grupy faworytów i zamykających stawkę oraz liczna grupa zawieszona gdzieś pomiędzy.
I tak czoło stawki zajmują w kolejności alfabetycznej: ?Jutro idziemy do kina? Michała Kwiecińskiego (skromny, telewizyjny film według scenariusza Jerzego Stefana Stawińskiego; takiej dawki młodzieńczej energii i uroku oraz – uwaga, wyświechtane słowo! – patriotyzmu dawno nie było!; żal, że ten film już w sumie zakończył swój żywot po pokazie w TV); ?Pora umierać? Doroty Kędzierzawskiej (mądra historia, świetnie opowiedziana i pięknie sfotografowana; taki benefis należy się wielu wiekowym artystom, tym razem owacja dla Danuty Szaflarskiej!), ?Rezerwat? debiutanta Łukasza Palkowskiego (bardzo udana próba stworzenia ?kina popularnego z ambicjami?; galeria wspaniałych postaci i dawka pozytywnej energii); ?Sztuczki? Andrzeja Jakimowskiego (autor potwierdza wielki talent i umiejętność pisania swoim, myślę, że już rozpoznawalnym stylem – brawo!), ?Wino truskawkowe? debiutanta w fabule Dariusza Jabłońskiego (udało się to, co nie miało wielkich szans na powodzenie – przemycenie na ekran klimatu prozy Andrzeja Stasiuka; wielkie pozytywne zaskoczenie!).
Nie zaszkodzi obejrzeć także ?Benka? Roberta Glińskiego (o tym, że i na Brudnym, Biednym i Bezrobotnym Śląsku można sobie poradzić!) i ?Futra? Tomasza Drozdowskiego (satyra na polską klasę średnio-wyższą; świetnie zagrane, ale momentami wtórne i przewidywalne).
Uważam, że tymi siedmioma filmami, uzupełnionymi przez ?Katyń? Andrzeja Wajdy (można mieć zastrzeżenia, zwłaszcza do przedzierającej się tu i ówdzie plakatowości, ale to jednak kawał dobrego kina; no i śmiem twierdzić, że warsztatowo to najlepszy film roku!), polskie kino może się chwalić. I te filmy ja z czystym sumieniem polecam! Czy mogą one zawalczyć o zagraniczne laury? Tylko część, ja obstawiam ?Sztuczki? i ?Pora umierać?…
Natomiast grupa filmów, które zdecydowanie zamykają ranking tegorocznego konkursu, okupując dno, to w kolejności alfabetycznej: ?Hania? Janusza Kamińskiego (zupełnie nieudana próba przeniesienia na polski grunt hollywoodzkich bajek; tyle że za oceanem tak zły scenariusz nie miałby szans na realizację); ?Jasne błękitne okna? Bogusława Lindy (stężenie telenowelowej papki i scenariuszowych mielizn przekraczające wszelki dopuszczalne normy), ?Korowód? Jerzego Stuhra (film, który zapowiada się nieźle i intencje ma szczytne, rozłazi się autorowi w sposób niebywały; wielkie rozczarowanie!), ?Na boso? Piotra Matwiejczyka (co ten film w ogóle robił w głównym konkursie?!), ?Środa czwartek rano? debiutanta Grzegorza Packa (utrata mieszkania, przypadkowa znajomość, białaczka, eutanazja i Powstanie Warszawskie w 71 minutach; o wszystkim, czyli o niczym) oraz ?Z miłości? Leszka Wosiewicza (ani opowiedzieć, ani pojąć, ani… wielki zawód!). Naprawdę żal, że doświadczeni twórcy, którym nie można odmówić talentu i filmowego pazura, zawiedli tak bardzo. Mam oczywiście na myśli Jerzego Stuhra i Leszka Wosiewicza.
W werdykcie Jury głównego 3 zaskoczenia, w tym jedno potężne, mym skromnym zdaniem, nieporozumienie. Po pierwsze, rola Soni Bohosiewicz w ?Rezerwacie? to zdecydowanie pierwszy plan, nie drugi (ale jestem w stanie zrozumieć, że nagroda za pierwszy plan należała się tylko i wyłącznie Danucie Szaflarskiej za ?Pora umierać?, stąd ten jurorski fortel). Po drugie, delikatnie mówiąc, nie jestem przekonany co do zasadności uhonorowania Nagrodą Specjalną Jury – czyli drugą co do ważności! – Jacka Bromskiego za ?U Pana Boga w ogródku?. Po trzecie, nagroda za scenariusz dla Jerzego Stuhra za ?Korowód? jawi się jakimś ponurym żartem. Zamysł – owszem, niezły, ale realizacja – fatalna (niekonsekwencje i niespójność opowieści, mielizny, dialogi i psychologia momentami na poziomie słabej telenoweli – oto moje generalne zarzuty wobec tego scenariusza).
Szersze refleksje? Pojawiło się grono zdolnych debiutantów, niekoniecznie najmłodszych (Szczepański, Palkowski, Jabłoński), trzeba im się bacznie przyglądać. Kryzys za to przechodzą niestety twórcy doświadczeni (Stuhr, Wosiewicz). Dwoje autorów-indywidualistów potwierdza swoją mocną pozycję wysoką jakością nowych dzieł (Jakimowski, Kędzierzawska). Zmieniła się – czy może bezpieczniej powiedzieć: zmienia się – tonacja filmów, więcej pozytywnej energii dociera z ekranu (?Benek?, ?Rezerwat?). Jest liczne grono wspaniale uzdolnionych (najczęściej też niezwykle urodziwych, co dla sztuki filmowej jednak niekoniecznie musi być atutem…) aktorek i aktorów najmłodszego pokolenia, którzy choć nie zawsze mają co zagrać, to jednak wyraźnie zaznaczają się na ekranie (tu zwłaszcza siedmioosobowa grupa z ?Jutro idziemy do kina?; ci jednak mieli łatwiej, bo było co grać!). No a większości filmów przydałyby się nożyczki.
Takie oto wrażenia wywiozłem z Gdyni. Biorąc pod uwagę ogólną nieszczególną kondycję polskiego kina, trzeba zauważyć, że coś drgnęło, jest nadzieja na to, że będzie lepiej… Na co szczerze liczę!
Maciej Gil
Wrażenia z 5.Europejskiego Festiwalu Młodego Kina
Warszawa, 10.12.2007
Wczoraj, po trzech dniach projekcji, dowiedzieliśmy się którzy z twórców zrobili na jurorach najlepsze wrażenie, ogłoszony został mianowicie werdykt festiwalu. Nagrody i wyróżnienia trafiły w ręce młodych filmowców. Autorzy filmów nie mogą mieć ukończone 26 lat oraz być absolwentami wyższej szkoły filmowej (ostatnie zastrzeżenie dotyczy tylko reżysera). Jak więc widzimy, mogliśmy śledzić twórcze poczynania młodych autorów kina, ludzi z różnych środowisk i zakątków kraju, których pasją jest robienie kina. Z nadesłanych prac zostało wyłonione 29 filmów. Znakomita część produkcji pochodziła z Polski, zaledwie kilka z innych krajów europejskich jak na przykład Portugalia, Grecja, Wielka Brytania czy Niemcy. Przekrój gatunkowy prac był bardzo bogaty, przeważała oczywiście fabuła, nie zabrakło jednak animacji, dokumentu czy teledysku. Prace były nie krótsze niż 3 minuty i nie dłuższe niż 40 minut.
Poziom festiwalu był bardzo zróżnicowany. Widziałam wiele filmów, które Maciej Ślesicki, przewodniczący czteroosobowego jury nazywał “ciężkim porodem pośladkowym” i takie które na długo zostaną w mojej pamięci, gdyż urzekły prostotą i prawdą oraz sprawnością warsztatową twórców. Jednak tych pierwszych, tytułowych kitów było niestety znacznie więcej. Po każdym bloku projekcyjnym trwającym około 2 godzin jury w składzie, wcześniej już wymienionego, Macieja Ślesickiego oraz Andrzeja Wolfa, Krzysztofa Spora i Bodo Koxa komentowało obejrzane filmy. Wypowiedzi profesjonalistów były często bardzo krytyczne, nie pozbawione jednak konstruktywnych uwag i rad. Jurorzy mając na uwadze fakt, że twórcy filmów są bardzo młodzi, doceniali ich zapał w kręceniu filmów, podkreślając że jest to bardzo ciężka robota. Każdy film był z osobna poddawany ocenie, a twórcy siedzący na widowni mieli okazję skonfrontować opinię członków gremium z prywatnym przekonaniem o zrobionym filmie. Na festiwalu najsilniejszą reprezentację stanowiła fabuła i animacja, dokument i teledysk reprezentowały w przypadku tego przeglądu gatunek niszowy. Wszystkie pokazane animacje miały bardzo wysoki poziom (np. Drzewo Michała Mroza czy Tramwaj Moniki Kuszynieckiej – zdobywca II nagrody). Nie można jednak tego powiedzieć o filmie fabularnym, tu poziom był szalenie zróżnicowany. Totalną klęskę poniosły filmy gangsterskie, które były “jak jeden mąż” (sztuczne, za długie, przegadane). Mam tu na myśli na pewno Doliniarzy Pawła Łukomskiego (jury nie zostawiło na tym filmie suchej nitki) czy Kundle Marcina Stankiewicza, które oprócz słabego scenariusza i wszystkich cech wymienionych wcześniej, zabijał czasem trwania – 42 minuty. Takich pomyłek było jeszcze kilka, no może obronił się tylko 4play – gra wstępna Pawła Kaczmarka (pastisz, dobre role męskie i udział ładnych dziewczyn). Często podejmowanym tematem fabuły były także trudne relacje międzyludzkie ukazywane z różnym skutkiem. Na pewno warto tu wspomnieć o filmie Wszystko, co najlepsze Mathiasa Mezlera, który to twórca zapowiada się bardzo obiecująco. Jednak absolutnym triumfatorem EFeMKi 2007 był Maciej Buchwald i jego piękny film Nie ma o czym, milczeć. Prosta aczkolwiek wciągająca fabuła, opowieść o ludzkiej samotności i poszukiwaniu szczęścia i miłości w życiu. Ten 25-minutowy obraz posiada wszystko: dramaturgię, humor, świetną grę aktorską, humor i wartościowe przesłanie. Nic dodać, nic ując – trzymam kciuki za Maćka Buchwalda, bo on naprawdę ma coś do powiedzenia. Bodo Kox mówił o tym filmie, że przypomina w swojej oszczędności, subtelności i wyciszeniu kino skandynawskie i jest to święta prawda. Miejmy nadzieję, że o zdobywcy Grand Prix usłyszymy wkrótce ponownie.
Justyna Kozłowska
Panie i panowie, chłopcy i chłopięta w przyrodzie już tak jest, że piersi rosną i znikają, a festiwale filmowe rozpoczynają się i niestety kończą. I tym razem było podobnie. Kilka dni temu zakończyła się w Zwierzyńcu 8 Letnia Akademia Filmowa.
W tym bardzo luźnym i krótkim, aczkolwiek solidnym i pełnym cennych informacji tekście, posłużę się porównaniem iście homeryckim! Moim nieobiektywnym, wręcz osobiście subiektywnym zdaniem LAF jest jak… jamnik! Ale nie jak byle jaki jamnik, wyprowadzany przez byle kogo, o byle jakiej porze dnia i byle gdzie. Tylko jak główny bohater animowanego filmiku ?Jak działa jamniczek? Juliana Antonisza. A to dlatego, że tak wyjątkowym pieskom, posiadającym głowę, środek, tylną część ciała, a w środku kiszkę należy się nasza szczególna opieka, wsparcie i pomoc.
LAF to 9 dni rozpasanego filmowego świętowania. To pełen przepychu i okazałości program, w którym każdy najbardziej wybredny widz znajdzie coś dla siebie. To filmy z różnych stron świata (z krajów które niekoniecznie nawet wiemy gdzie leżą) i z różnych okresów historii kina. To cudownie zielona miejscowość / z jednym sklepem czynnym 24h/ w której warunki przyrody / oraz miejscowy browar/ sprzyjają robieniu tego wszystkiego na co akurat mamy ochotę. To wrogie komary, za to przyjaźni tubylcy.
Film Antonisza ma bardzo proste przesłanie wysyłane w kosmos: nie niszczmy jamniczka, bo to jest zwierzątko nam potrzebne do życia! Zatem obywatele wspierajmy festiwale takie jak ten. Bądźmy ludźmi i wybaczmy organizatorom to, że w repertuarze nie ma najnowszego ?Shreka? w Dolby Surround, tylko jest ?Nosferatu? z 1922 r. z muzyką na żywo. Wybaczmy, że nie ma w każdym kinie lotniczych foteli z hydromasażem i uchwytem na kubeczek, a zamiast nich są zwykłe szkolne krzesła w których mimo wszystko przy odrobinie silnej woli, można nie tylko siąść ale nawet się rozsiąść. Że za klimatyzację służy jedynie otwarte okno. A co tam, wybaczmy nawet to, że nie ma popcornu!
Ósma Letnia Akademia Filmowa w Zwierzyńcu przeszła do historii nie zostawiając po sobie odcisków linii papilarnych, ani zdjęcia rentgenowskiego uzębienia. Ale jak mówi stare chińskie przysłowie, nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że w przyszłym roku odbędzie się znowu. A kto raz poznał ?jamniczka? będzie mu wierny jak pies! Zatem do zobaczenia w Zwierzyńcu za rok, ponieważ all you need is LAF:)
Koniec i bomba
A kto nie był ten trąba!
Magdalena Kotula
Kto nad czerwone dywany, tłum w kinach, pośpiech, błyski fleszy i nerwowe nawoływania fotografów woli klimatyczne, kameralne festiwale filmowe i spokojną filmów kontemplację, Berlinale przysporzy mu niewątpliwie niemało rozterek. Festiwal w stolicy odwiedza co roku tysiące widzów, dziennikarze, twórcy i oczywiście gwiazdy, gwiazdy i jeszcze raz… prawy policzek Natalie Portman, koszula George’a Clooneya, zaskakująco dużo zmarszczek na twarzy Isabelle Huppert… doprawdy nie w tym rzecz! Choć niektórym takie obserwacje sprawiają przedziwną przyjemność.

Kiedy po raz pierwszy dostaje się do ręki katalog z filmami, z pełnym zadowoleniem wertuje się strony i odczuwa się natychmiast ten niepokojący dreszczyk czekających nas emocji filmowych. Niektórych dopada syndrom pierwszych godzin na festiwalu objawiający się ambicją obejrzenia jak największej ilości filmów, wyostrzonej percepcji i przekonanie o posiadaniu niemalże zdolności teleportacji (i przebywaniu w dwóch, trzech kinach jednocześnie). Smutny moment konstatacji i pewnych wątpliwości następuje już po porównaniu rozkładu jazdy filmów z rozkładem jazdy komunikacji miejskiej. Projekcje odbywają się w 13 kinach. Dodając do tego drugie tyle innych obiektów festiwalowych: biura, miejsca spotkań i dyskusji, wystawy, można poczuć się trochę zagubionym. W rzeczywistości nie jest to duży problem i cała maszyna festiwalowa działa perfekcyjnie (z czego Berlińczycy są szczególnie dumni). Ktoś z dobrą, wrodzoną orientacją w terenie zaaklimatyzuje się tutaj błyskawicznie, a komu takowej brakuje (i kto przeważnie wsiada do metra w odwrotnym kierunku niż to plan przewiduje) pozostaje stworzenie sobie zaplecza czasowego na wszelkiego rodzaju pomyłki i szaleństwa komunikacyjne (zasada nie wpuszczania do kina spóźnialskich była tu skrupulatnie przestrzegana), poleganie na przypuszczalnie mniej wątpliwej intuicji filmowej i… selekcja, bo wszystkiego nie sposób obejrzeć i w tym także nie tkwi rzecz.
A było w czym wybierać: oprócz konkursowych krótkich i długich metraży, została zaprezentowana retrospektywa filmów z boskimi divami kina lat 50. (Ava Gardner, Brigitte Bardot, Audrey Hepburn, Barbara Kwiatkowska), nowe perspektywiczne kino niemieckie z debiutem reżyserskim Franke Potente na czele, panorama filmów, których motywem przewodnim były niełatwe wybory życiowe bohaterów i poszukiwania bohaterskie (?) tożsamości (w tej sekcji nagrodzony “Komornik” F. Falka). W tym roku przypadła także dwudziesta rocznica odbywania się konkursu filmów o tematyce gender i przyznawania nagrody Teddy – młodszego brata zacnego staruszka Niedźwiedzia. Sądząc po wypełnionych po brzegi salach i ogólnym entuzjazmie (Berlin przecież mekką gejów i lesbijek) nie pomylono się niegdyś, czyniąc zadość gustom filmowym i ustanawiając ten konkurs jako integralną część Berlinale. Przypomniano kilkanaście filmowych historii reżyserów, którzy święcili triumfy na berlińskich ekranach. Nie obyło się naturalnie bez “Prawa pożądania” Almodovara, nieśmiertelnego “Fucking Amal” Moodyssona, rewelacyjnego, opartego na sztuce teatralnej Fassbindera filmu “Krople na rozpalonych kamieniach” Ozona, czy dwóch króciutkich historyjek Gusa van Santa: “My New Friend” i “Five Ways to Kill Yourself” (w sumie sześciominutowa kwintesencja filmowej błyskotliwości). Z nowych produkcji pokazano m.in. wchodzącego na polskie ekrany pretendenta do Oscara “Capote” – historię krwawej zbrodni w Kansas i powstawania na jej bazie najsłynniejszej książki Trumana Capote “Z zimną krwią”. Historia ta, postawa i chore emocje neurotycznego pisarza-monstrum (w roli głównej świetny Philip Seymour Hoffman), który wraz z tworzeniem dzieła swojego życia przekreślał granice etyki, dobrego smaku, przyzwoitości, budziła zgorszenie, choć też niekłamany podziw w środowisku literackim. Pół wieku później porusza także i zastanawia widza.
Polskie akcenty na Berlinale 2006 – a było ich sporo (rok polsko-niemiecki wciąż trwa) – to przede wszystkim honorowy Złoty Niedźwiedź dla Andrzeja Wajdy, przyznany za całokształt twórczości. Na gali wręczania nagrody gratulacje składał m.in. twórca “Blaszanego bębenka” (niestety nie osobiście, lecz z ekranu telebimu), dziękując polskiemu reżyserowi za nieustającą inspirację, owocem której ostatnio jest powstający film Schlöndorffa oparty na losach Anny Walentynowicz.
Po raz kolejny na Berlinale doceniono także twórczość Doroty Kędzierzawskiej. Film “Jestem” zdobył nagrodę specjalną Kinderfilmfest i został również ciepło przyjęty przez dorosłą publikę, która pamiętała sukces reżyserki sprzed dekady (Grand Prix 1995 w tej samej sekcji dla filmu “Wrony”). I choć po projekcji pojawiały się głosy, że opowiedziana historia, chociaż o dzieciach, dla dzieci nie jest, bo być może przerasta wrażliwość młodego odbiorcy, to właśnie przez młodego widza dostrzeżona i nagrodzona za poruszające ukazanie “siły miłości i ludzkiej egzystencji”.

Ponadto publiczność miała okazję zobaczyć “Doskonałe popołudnie” Przemysława Wojcieszka oraz pełnometrażowy dokument “Reflection”- wspólny polsko-niemiecki projekt studentów Mistrzowskiej Szkoły Reżyserii Filmowej Andrzeja Wajdy i Internationale Filmschule Köln.
“Beeindruckt: öfters. Beglückt: nie”
“Robiące wrażenie: często. Uszczęśliwiające: nigdy”
Die Welt
Polskich filmów w konkursie głównym nie było, a o Złotego Niedźwiedzia walczyły głównie produkcje i koprodukcje niemieckie, amerykańskie i azjatyckie. Profil tematyczny filmów był wyraźnie określony przez dyrektora festiwalu Dietera Kosslicka: “Pokazujemy w tym roku przede wszystkim filmy polityczne, osobiste, bliskie rzeczywistości; odnoszące się do aktualnej sytuacji na świecie, podejmujące tematykę globalizacji, wojny i kryzysu więzi społecznych.” Więc kto szykował się na kino optymistyczne, łatwe i przyjemne, bo chciał choć trochę od i tak wystarczająco skomplikowanej, przygniatającej rzeczywistości odpocząć, stawał przed ograniczonym wyborem filmów. Nie znaczyło to, że pokazywano tylko i wyłącznie filmy ciężkie i smutne. Były też takie, które cieszyły przede wszystkim zmysły. I takim filmem, który określiłabym po prostu hm… glamour, był “Wu ji – The Promise” w reżyserii Chena Kaige, a to z uwagi na fantastyczne zdjęcia zdobywcy Oscara za “Przyczajonego tygrysa, ukrytego smoka” Petera Pau. Na ekranie: przepiękne barwy, wyśmienita scenografia, stroje, zjawiskowe pejzaże. Prawdziwa uczta dla oczu! A historia jak w tragedii greckiej: miłość, nienawiść, zdrada, klątwy, rozdarte serca między szczęściem osobistym a obowiązkiem i powinnością wobec społeczności, a to wszystko dokładnie zaplanowane i komplikowane przez Kapryśny Los. Tylko że podobno od wzniosłości do śmieszności mały krok i publika głośnym śmiechem kwitowała doprowadzane momentami do granic banału dialogi.
A jeśli mowa o kiczu… nie zachwycili tym razem na pewno bracia Wachowscy adaptacją komiksu Alana Moore’a “V jak Vendetta” (t jak tandeta?) z rolami głównymi Natalie Portman i HugoWeaving’a (i tu kolejne rozczarowanie: postać V przez niego grana nie ściąga w filmie ani na sekundę maski); choć problemy jakie w filmie poruszają są dotkliwie poważne i jak zawsze aktualne. Jest to kolejny komentarz polityczny i spekulacja: co by było gdyby?(akcja toczy się w przyszłości w totalitarnej Anglii), a właściwie bez spekulacji(bo historia ludzkości sama na to jest dowodem) pokazany obraz następnego totalitaryzmu, w którym nie było i nigdy nie będzie miejsca na wolność osobistą i polityczną. Absurdalna rzeczywistość potrzebuje więc absurdalnego antidotum. Do walki o wartości, porywając za sobą tłumy, staje… terrorysta.
Z niemieckich filmów pokazanych w głównym konkursie: z niecierpliwością oczekiwana adaptacja “Cząstek elementarnych” Houellebeqa (Srebrny Niedźwiedź za główną rolę dla Moritza Bleibtreu), “Der freie Wille” Glasnera, “Sehnsucht” Valeski Grisebach, “Requiem” H.Ch. Schmida, ten ostatni zasługuje na szczególną uwagę. Schmid sfilmował prawdziwą, dramatyczną historię młodej dziewczyny (nagroda za najlepszą kreację aktorską dla Sandry Hüller) wychowanej w katolickiej, konserwatywnej rodzinie a zaczynającej wierzyć, że opętana została przez demony. Konflikt między wiarą prywatną, osobistym religijnym doświadczeniem a nauką Kościoła, rujnująca choroba psychiczna, rozpacz, brak zrozumienia (bo jak wytłumaczyć to racjonalnie?) ze strony bliskich przezwyciężona jednak przez miłość, pierwsze egzorcyzmy… a to wszystko pokazane w prostej acz wysublimowanej realistycznej konwencji. I ten głęboki realizm sprawia chyba, że całe 90 min. siedzi się z zapartym tchem. Film wieńczy nie obraz, lecz dwuzdaniowy epilog. Minimalny zabieg, piorunujący efekt.

Ale najlepszy film jaki widziałam w Berlinie i który od pierwszego kadru był moim niekwestionowanym faworytem to “Grbavica” młodej bośniackiej reżyserki Jasmili Zbanić. Jak się później szczęśliwie okazało nie tylko moim faworytem. O przyznaniu Złotego Niedźwiedzia Zbanić dowiedziałam się (jak i setka innych osób) czekając w kinie na inną projekcję, po tym jak jedna z Niemek wykrzyczała, wyśpiewała werdykt wszem i wobec wykonując przy tym prawdziwy taniec zwycięstwa! Ach te festiwalowe emocje… I jak to bywa zazwyczaj trudno opisać coś, do czego mamy słabość i co nam się podoba najbardziej, nie powtarzając przy tym obiegowych, utartych opinii. “Grbavicę” będzie można zobaczyć i ocenić na polskich ekranach. I oby filmów z byłej Jugosławii na naszych ekranach było jak najwięcej!
Między wojażami po berlińskich kinach, w wolnych chwilach zajrzeć warto do Muzeum Filmu na Placu Poczdamskim i obejrzeć wystawy poświęcone największym sławom kina niemieckiego – z ciekawostek np. “łabędzi” płaszcz Marleny Dietrich i jej pantofelki szczęścia (uwaga! rozmiar zdecydowanie mniejszy niż 39). Od niektórych obserwacji i uwag nie sposób się jednak ustrzec, dlatego nic więcej nie napiszę. Trzeba przyjechać, zobaczyć, samemu poobserwować i pożyć filmową atmosferą stolicy.
Good bye, Berlin. Ale czy do zobaczenia w przyszłym roku? Nie wiem. Wybiorę prawdopodobnie coś bardziej kameralnego np. festiwal w Cottbus albo Kassel.
Magda Żuraw
fot. Magda Żuraw
Stoję tuż przed drzwiami. Masa złożona głównie z istot z gatunku homo sapiens coraz bardziej na mnie napiera. Odkrywam nowe prawo – ubytek masy tlenu i przestrzeni życiowej jest proporcjonalny do powiększającej się ilości homo sapiens. Z głośników od prawie trzydziestu minut pani próbuje przekonać oczekujących, że powinni wszelkie sprzęty nagrywająco – fotografująco – rejestrujące wyrzucić, bądź zniszczyć, bo inaczej nie wejdą (o naiwności! Nikt wtedy jeszcze nie podejrzewał, że słowa te miały swoje drugie dno tzn. “i tak nikt nie wejdzie z aparatem czy bez”). Tłum gęstnieje, atmosfera również. W końcu wrota do raju otwierają się. Od szczęścia i świeżego powietrza dzielą nas centymetry, lecz oto pojawia się mały problem natury owocowej. Z głębi sali dobiega bowiem głos zdesperowanego wolontariusza – “przepuścić czerwone jabłuszka!”.
W tym miejscu należy umieścić krótkie wyjaśnienie dla wszystkich, którzy nie mieli okazji uczestniczyć w tegorocznym festiwalu. Znakiem rozpoznawczym Camerimage w tym roku było jabłuszko znajdujące się na plakatach, kartkach, jak również i na akredytacjach. Czerwone jabłuszka na karnetach mieli wszyscy ci szczęściarze zaliczający się do kategorii: “staff”, VIP, media, obsługa, gość, etc. Zielone – festiwalowy plebs (patrz studenci), tolerowany ze względu na pieniądze, które zapłacił za tę odrobinę szczęścia, jaką jest przekroczenie progu Teatru Wielkiego.
Po tej długiej, aczkolwiek koniecznej dygresji wróćmy przed festiwalowe drzwi, przed którymi zaczynają się rodzić nastroje rewolucyjne – niech żyje zielona rewolucja! Czerwone jabłuszka próbują się przedostać do wejścia, co graniczy z cudem zważywszy, że należy zwęzić się do rozmiarów szpilki. Pojawia się agresja, zmęczenie, co wytrwalsi ratują się błyskotliwym dowcipem. I w końcu, jak u naszego wschodniego sąsiada, rewolucja zwycięża. Pierwsza partia szczęśliwców zostaje wpuszczona, by móc dobiec do jeszcze wolnego centymetra kwadratowego na schodach, a po drodze wyrwać z rąk ochroniarzy koleżankę, by i ona mogła zaznać tej chwili rozkoszy, jaką jest seans nowego filmu Oliviera Stone’a “Aleksander”.
Tak, cała sytuacja miała miejsce właśnie przed jednym z najważniejszych filmów tego festiwalu – przynajmniej w mniemaniu organizatorów. Zawiodła organizacja, zawiodła pojemność sali i w końcu zawiódł sam film. Już po pierwszych dwudziestu minutach zaczęłam się zastanawiać, czy dostanę po przyjeździe do Krakowa nagrodę za maksymalne poświęcenie dla maksymalnej “kichy” (jak określił to po seansie jeden z widzów). Po pół godzinie myślałam o dołączeniu do coraz większej rzeszy osób opuszczającej salę, po godzinie wyjadłam już całe moje zapasy żywieniowe i poważnie naruszyłam zapasy mojej koleżanki.
Aż w końcu odkryłam przebiegłość, nie będę ukrywać, że jednego z moich ulubionych reżyserów. Stone złamał konwencje hollywoodzkiego eposu historycznego i stworzył doskonałą syntezę komedii, parodii i kiczu. Bo tym niestety jest ten film. Zawodzi w nim wszystko: od reżyserii poczynając, poprzez aktorów, zdjęcia, nielogiczną fabułę, po muzykę Vangelisa (co jest chyba najbardziej tragiczne). Film rażąco akademicki po prostu nudzi, bo po prawie trzech godzinach wygenerowane komputerowo orły przestają już nawet śmieszyć.
Dlatego Srebrna Żaba dla Rodrigo Prieto (swoją drogą utalentowanego młodego operatora, o czym mogliśmy się przekonać w takich filmach jak “Frida” czy “21 gram”) to nie tylko zaskoczenie, to po prostu skandal. Rozumiem, że organizatorzy przez wiele lat starali się o przyjazd Olivera Stone’a do Łodzi i uważam, że specjalna nagroda dla niego jest w pełni uzasadniona, lecz wynagradzanie jeszcze tego przyjazdu drugą nagrodą za zdjęcia jest lekką przesadą. W tamtym roku Łódź miała okazję gościć równie wybitnego twórcę – Petera Weira z jego nowym filmem “Pan i władca”, lecz zdjęcia do tej hollywoodzkiej produkcji nie zostały nagrodzone, choć w tym przypadku myślę, że nikt nie miałby większych zastrzeżeń.
Jednak przyznać trzeba, że nie zawiódł sam reżyser w czasie spotkania ze studentami. Człowiek niesamowicie sympatyczny i otwarty. Chętnie odpowiadał na pytanie (nie tylko zdaniami pojedynczymi), wspierany przez swojego operatora – Rodrigo Prieto. Lecz całość przyćmiły czerwone skarpetki Stone’a, które zrobiły niesamowitą furorę zwłaszcza wśród żeńskiej części zebranych na sali (panowie, to ma być pewna sugestia).
Muszę przyznać, że decyzja jury w konkursie głównym bardzo mnie zaskoczyła. Najnowszy film Mike’a Leigh – “Vera Drake” to film bardzo dobry, z doskonałymi zdjęciami, które znakomicie współtworzą atmosferę lat pięćdziesiątych w Anglii, co nie powinno dziwić zważywszy, że, jak zwykle u tego reżysera, autorem zdjęć jest Dick Pope (również obecny na festiwalu), ale czy wystarczająco doskonałymi na Złotą Żabę? W tym miejscu rodzą się już wątpliwości.
W pełni zgadzam się natomiast z nagrodami przyznanymi w konkursie etiud studenckich. Złota Kijanka dla młodego Sobocińskiego to nagroda w pełni uzasadniona i zasłużona. Kilkuminutowa “Zima” ma bardzo prostą fabułę, lecz doskonałe zdjęcia i to właśnie ta czarno – biała fotografia jest głównym bohaterem tej etiudy.
Należy podkreślić naprawdę wysoki poziom warsztatowy polskich filmów krótkometrażowych w konkursie studenckim. Niekiedy mogła zawodzić fabuła, lecz wszystkie charakteryzowały się naprawdę dobrymi zdjęciami. Przede wszystkim dało się wyczuć ogromną satysfakcję, jaką daje wszystkim młodym twórcom proces tworzenia, proces pracy nad filmem. Dlatego też fabuła często potraktowana jest jako pretekst do eksperymentowania z możliwościami kamery. Fabuła staje się wtedy rodzajem żartu. Tak dzieje się w “Jego dziewczynie” Marii Zbąskiej (swoistej reklamie kleju), “Maneżu” Małgorzaty Ząbkowskiej (dzień z życia cyrku), “Kolejnym dniu” Grzegorza Korczaka (kolejny dzień dentysty, kolejne zęby do wyrwania), w końcu w nagrodzonym Brązową Kijanką “Ciele moim” Jacka Podgórskiego – niezwykle dowcipnym, pomysłowym i zabawnym kilkuminutowym filmem, po którym już wiem, dlaczego nie jem mięsa.
Trzeba jednak przyznać, że etiudy zagraniczne przewyższały nasze, polskie nie tylko długością taśmy, ilością środków jakie na nie przeznaczono (co widać chociażby po angielskim “The Happiness Thief” – ładnej bajeczce, ale tylko bajeczce), lecz często bardziej rozbudowaną fabułą, co nie zawsze oznaczało bardziej ciekawą. Tak się nie stało w przypadku zdobywcy Srebrnej Kijanki, hiszpańskiego filmu “The next” Lluisa Quileza – trzymającej w napięciu próbie zobrazowania zła, które może narodzić się w każdym. Metaliczne, realizowane w zimnych odcieniach niebieskiego i szarego zdjęcia Isaaca Vila świetnie zbudowały atmosferę napięcia i grozy w betonowych halach, w których rozgrywa się cała intryga.
W czasie festiwalu wśród widowni dominowała opinia, że tegoroczny Camerimage obfituje w znane i wzbudzające emocje nazwiska, ale w nijakie, by nie powiedzieć słabe filmy. Przyznam się, że nie podzielam tego zdania. Prawdą jest, że jestem prawie że debiutantką na tym festiwalu (byłam dopiero drugi raz) i trudno mi się wypowiadać o poziomie tegorocznego festiwalu w stosunku do lat ubiegłych, lecz czy można mówić o filmach nijakich, gdy każdy z osobna tak różnie był odbierany przez publiczność, wzbudzając żywe, poranne dyskusje chociażby w autobusie linii 57? Poczynając od pierwszego na festiwalu nowego filmu Amenabara “W stronę morza”, triumfatora z tegorocznego festiwalu weneckiego, przez “Dziewiąty dzień” Schlöndorffa, po “Zatoichiego” Kitano, który dla wielbicieli jego poprzedniego filmu “Lalki” był całkowitym zaskoczeniem.
Alejandro Amenabar, Volker Schlöndorff, Takeshi Kitano, Mike Leigh, Manoel de Oliveira, Istvan Szabo, Zhang Yimou, Sławomir Idziak, David Watkin czy w końcu sam Oliver Stone – lista robi wrażenie. Czy równie wielkie wrażenie wywarły filmy? “W stronę morza”, “Vera Drake” czy “Dziewiąty dzień” to na pewno małe arcydzieła aktorskie. Javier Bardem buduje wzruszający, ciepły portret mężczyzny od dwudziestu ośmiu lat całkowicie sparaliżowanego, domagającego się od rządu wydania pozwolenia na eutanazję, odkrywającego na nowo miłość i pożądanie, przede wszystkim jednak potrafiącego z niezwykłym humorem podejść do swojej sytuacji. Czy jesteśmy w stanie mu uwierzyć? Zależy od osobistych predyspozycji widza i łatwości z jaką jest on w stanie dać się uwieść historii. Ja uległam już w piątej minucie, a płakałam jeszcze po zakończeniu seansu.
“Vera Drake” to dla mnie film nie tylko genialnej w tytułowej roli poczciwej, dobrej, ale i naiwnej Very – Imeldy Staunton, ale także aktorów znanych z poprzednich filmów Mike’a Leigh, takich jak choćby Richard Graham czy Eddie Marsan. Dla tych, którzy widzieli już “Upadek” Oliviera Hirschbiegla, zadziwi swoją rolą katolickiego księdza z Luksemburga uwolnionego z obozu w Dachau, by wesprzeć publicznie politykę Hitlera – Ulrich Matthes, zwłaszcza gdy porówna się go z równie dobrą rolą Goebbelsa w “Upadku”.
Ciekawie prezentowało się w tym roku na festiwalu kino azjatyckie: wysmakowana, poetycka “Wiosna, lato, jesień, zima… i wiosna” południowokoreańskiego reżysera Kim Ki – duka, pozostawiająca poczucie świadomości niepełnego odczytania wszystkich znaczeń w filmie tak silnie osadzonym w religii i filozofii tamtej kultury. Japoński “Hazan” Sho Igarashi będący pięknym studium sztuki, artysty i rzemieślnika zarazem, który był jednym z moich faworytów do Złotej Żaby (piękne zdjęcia jednej z niewielu w towarzystwie operatorek – Akiko Ashizawy, doskonale oddające i uzupełniające sens całej historii). Całkowite zaskoczenie, jakim był najnowszy film Kitano, który po wysmakowanych w swej warstwie ilustracyjnej, spokojnych w warstwie narracyjnej “Lalkach”, zaprezentował publiczności festiwalowej niezwykle dowcipną, zaskakującą, piękną wizualnie historię legendarnego ślepego samuraja, która jest syntezą kina Tarantino i “Tańcząc w ciemnościach” von Triera, syntezą, w mojej ocenie, wyśmienitą. Nie zaskoczył natomiast Zhang Yimou. Po zekranizowaniu chińskiej legendy w “Hero”, sięga po kolejną z bajek w swoim najnowszym filmie pt. “Dom latających sztyletów” i robi to w równie pięknym stylu jak w swoim poprzednim filmie.
Zawiodły na pewno komedie, choć i one miały swoich zwolenników i przeciwników. Fińska “Producing Adults” o pani psycholog za wszelka cenę starającą się o dziecko, w końcu odkrywającej, że jednak woli kobiety, wzbudza zamiast śmiechu irytację i chęć szybkiego opuszczenia sali kinowej (co też niżej podpisana uczyniła, a co musi przyznać rzadko jej się zdarza). Czy tak głupie, że już nawet nie śmieszne “The Sideways” Aleksander Payne’a (filmu żal tym bardziej, gdy uświadomić sobie, że reżyser jest autorem doskonałego przecież “Shmidta”), czy tak głupie, że jednak śmieszne “Shall We Dance?” z wybitną kreacją naszej ulubionej aktorki – Jennifer Lopez, tu w roli nauczycielki tańca (ach, te dzikie oczy kocicy marzycielsko patrzące w dal za odchodzącym ukochanym!).
Jednak na poprawę humoru pozostał widzom francuski “Pan od muzyki” z piękną muzyką Christophe’a Barratiera i Bruno Coulais czy najnowszy film twórców “Mikro-” i “Makrokosmosu” – “Genesis”. Ale także Disney po niemiecku, czyli historia zwycięstwa naszego sąsiada zza zachodniej granicy w Mistrzostwach Świata w Piłce Nożnej w 1954 roku. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że już w wkrótce nasi filmowcy zainspirowani “The Miracle of Bern” (bo o tym filmie mowa) zrealizują film pt. “Orły Górskiego” z Michałem Żebrowskim w roli kapitana drużyny.
Warto w końcu wspomnieć o dwóch filmach, z których jeden był moim zdecydowanym faworytem w wyścigu po główną nagrodę, drugi znowu cieszył się dużą sympatią widowni. Mowa tu o filmie Ivo Trajkova pt. “Wielka woda” – wzruszającej historii chłopca, umieszczonego po wojnie w “poprawnym politycznie” sierocińcu. To historia, w której realizm bólu i cierpienia małych bohaterów miesza się z dziecięcą magią, a zamknięta przestrzeń sierocińca to w gruncie rzeczy wierna kopia tego świata zewnętrznego, rządzącego przez ideologię, inwigilacje, hipokryzję. To jeden z niewielu filmów, w którym według mnie piękne zdjęcia służyły czemuś więcej, każdy kolor, odcień, światłocień, kompozycja kadru miały uzupełniać historię, opowiadać ją w sposób bardziej pełny. Szkoda, że nie zostało to docenione przez tegoroczne jury.
Równie interesującym filmem okazał się być niemiecki film “Edukatorzy” Hansa Weingartnera. Gdy przetrwa się irytujący początek (przykro mi, nie przekonują mnie współcześni kontestatorzy głoszący wszem i wobec, że posiadanie pieniędzy to największy grzech ludzkości), film robi się coraz ciekawszy i zabawny zwłaszcza w momentach konfrontacji porwanego milionera – buntownika roku ‘68 z porywaczami – buntownikami 2004. Czyżby kontestacja była nieodłącznym elementem nie tylko młodości, ale w ogóle procesu dojrzewania do bogactwa?
Co zdominowało tegoroczne Camerimage? Przede wszystkim głośne nazwiska, parę wpadek organizacyjnych (z projekcją “Aleksandra” na czele), a w końcu filmy, które oscylowały wokół kilku słów: eutanazja, aborcja, homoseksualizm, wojna, nieszczęśliwe dzieciństwo. Cóż, takie czasy. Może za rok będzie bardziej optymistycznie. Czego sobie i Wam życzę.
Martyna Olszowska
10.12.2004
Świat według dziecka
Za temat przewodni tegorocznej edycji Camerimage uznałabym postać dziecka. Pojawiała się ona zarówno w filmach konkursowych, jak i podczas pokazów specjalnych. Wiele filmów odwoływało się do zmitologizowanego dzieciństwa i specyficznego sposobu widzenia świata przez dzieci. Za najlepszy z tych filmów uważam Mickeybo i ja, oparty na budowaniu paraleli między przygodami małych bohaterów a losami rewolwerowców z westernu Butch Cassidy i Sundance Kid. Akcja toczy się w Irlandii Północnej podczas okresu nasilenia terroru i walk katolików z protestantami, które to podziały z punktu widzenia dzieci są zupełnie niezrozumiałe.
Także inne filmy festiwalu przedstawiały zetknięcie się dzieci z przerastającymi je zjawiskami historycznymi, jak wprowadzenie komunizmu w Wielkiej wodzie i Marząc o Julii, czy wojna w Żółwie potrafią latać. Pierwszy z wymienionych filmów przepełniony jest mistycyzmem, który moim zdaniem w pełni uzasadnia perspektywa dziecięcej wiary w cudowność świata. Mężczyzna u kresu swojego życia, jak bergmanowski profesor Izaak, wraca pamięcią do czasów szkolnych i postaci, które odegrały w jego życiu ważną rolę.
Zestawienie świata dorosłych i dzieci ukazują też filmy Pan od muzyki i Cud berneński. Brak wzajemnego zrozumienia prowadzi do wielu konfliktów i nieszczęść, ale w końcu dobra wola wykazywana przez dorosłych przynosi pozytywne rezultaty. Oba filmy ogląda się bardzo przyjemnie, a Cud… z tym większym zainteresowaniem, że ukazuje on realia życia w powojennych Niemczech Zachodnich, rzadko obecnych na ekranie.
Dzieci były tematem nawet takich filmów, w których się fizycznie nie pojawiały. Productive Adults ukazywał kobietę zdeterminowaną do posiadania potomstwa, nawet wbrew woli swojego partnera. Para bliskich sobie ludzi stopniowo niszczy swój związek kłamstwami i oszustwami – wydaje mi się, że właśnie nieszczerość jest tu głównym tematem.
W filmie Vera Drake nieobecność dziecka jest jeszcze bardziej dotkliwie odczuwana. Tytułowa bohaterka zajmuje się aborcją, podczas gdy jej szwagierka rozpaczliwie pragnie zajść w ciążę. Jak na film Mike’a Leigh, brakowało mi tu większej niejednoznaczności, choćby w kreowaniu postaci Very, która z absolutną prostodusznością wierzy, że każde zło można naprawić za pomocą herbaty i ciasteczek.
Japonia, Chiny, Korea… i Japonia
Kinematografię azjatycką reprezentowały w konkursie trzy filmy, do tego na pokazie specjalnym można było zobaczyć chiński Dom latających sztyletów. Jest to niestety film utrzymany w tej poetyce, co Hero – oparty na konwencji, w pięknych obrazach ukazujący legendarnych “bohaterów”, dla których istotą życia jest walka. Piszę “niestety”, bo osobiście wolę wcześniejsze, obyczajowo – społeczne filmy Zhanga. Wydaje mi się, że zamierzonym celem reżysera było przejście od konkretu do uniwersalizmu, ale tworzone przez niego mity są mało przekonujące.
Na mitologizacji postaci oparty jest także film Zatoichi. I ta historia do mnie nie przemawia – scenarzysta chyba zapomniał, że każdy superbohater miewa chwile słabości, i zrobił z tytułowego samuraja sprawną w każdych warunkach maszynę do zabijania. Film broni się dzięki typowym dla Kitano wstawkom humorystycznym (choć, z niejasnych dla mnie przyczyn, najwięcej śmiechu podczas projekcji wzbudzały efektowne sceny przemocy).
Śmiech w niezamierzonych przez twórców miejscach słychać było także przy pokazie Hazana. Kuriozalne było już zawiązanie filmu, gdzie bohater postanawiał porzucić dotychczasowe zajęcie na rzecz lepienia garnków. Wszyscy rysują przez artystą wizje czekającej go biedy, co sprawdza się co do joty, jednak nie przeszkadza to bohaterowi w bezustannej produkcji kolejnych wazonów i dzieci. Może i są to tragiczne losy niezrozumianego przez świat artysty, ale działania bohatera robią raczej wrażenie upartego stawiania na swoim.
Równie uporczywe jest trzymanie się zasad buddyjskiej religii przez mnicha w filmie Wiosna, lato, jesień, zima… i wiosna . Jest to jednak postawa w pełni akceptowalna, a film jest prawdziwą ucztą dla oka i ducha. Ludzkie życie jest tu zamknięte w cykl pór roku i przemiany pokoleń, spętane różnymi ograniczeniami, ale też zgodne z zasadą “nic, co ludzkie, nie jest mi obce”.
Zachwyty i rozczarowania
Pierwszym zachwytem był dla mnie film pokazywany w retrospektywie operatora Davida Watkina, Gabinet doktora Ramireza. Nakręcony 13 lat temu, był dla mnie najświeższym filmem festiwalu – eksperymentował z formą, zamiast jedynie relacjonować historię. Bohaterowie to para urzędników z Nowego Jorku i wkraczający w ich życie dwaj bezdomni, stylizowani na Cesara i Caligariego z niemego filmu Roberta Wiene. Postaci nie wypowiadają ani jednego słowa, za to niesamowite napięcie buduje towarzysząca obrazom muzyka Johna Adamsa, pokrewna w stylu kompozycjom Philipa Glassa czy Steve’a Reicha.
Przechodzę teraz do najlepszego, moim zdaniem, filmu festiwalu, czyli Rekonstrukcji. Ponieważ jest to film duński, od razu prowokuje do umieszczania go w kontekście najciekawszego zjawiska tej kinematografii, czyli Dogmy 95. Podobny jest typ zdjęć i montażu, ujęcia budynków z góry wprost odsyłają do Królestwa Von Triera. Jednak struktura narracji jest odmienna, polega na ujawnianiu procesu tworzenia pokazywanej historii, co przypomina eksperymenty literackie francuskiej nouveau roman. Widzimy odłamki wydarzeń, powtarzające się obsesyjnie elementy, które trudno jednoznacznie złożyć w całość.
Pisarz August konstruuje opowieść o trójkącie starym jak świat: starszy mężczyzna, jego młoda żona i poznany przez nią młodzieniec. Tematem wydają się być miłość i zdrada, ale natychmiast dołącza do nich motyw pamięci – bohaterowie w ułamku sekundy zapominają o łączących ich więziach. Jedyną osobą, która wszystko pamięta, jest młody fotograf, który mimo tego także nie potrafi utrzymać związków z innymi ludźmi. Film dopuszcza wiele interpretacji, można zastanawiać się, czy czasem młody kochanek nie jest wytworem obsesyjnej zazdrości pisarza. To lubię w filmach – gdy twórca prowokuje i zaprasza widzów do myślenia. A w tym wypadku – do podjęcia zadania rekonstrukcji.
Na festiwalu pojawiały się jednak i takie przypadki, gdy intencje twórców i reakcje odbiorców zupełnie się rozmijały. Oprócz wspomnianego już Hazana, dwa filmy powodowały salwy śmiechu w momentach zamierzonych jako podniosłe. Mowa tu oczywiście o Aleksandrze , w którym niestety Stone’a zawiódł instynkt twórczy, a wszechobecny patos i sugerowanie parareli między greckim wodzem a obecnym prezydentem Stanów (ten trop podsunął w wywiadach sam reżyser) zdecydowanie grzeszą wobec dobrego smaku. Także Niepokój sędziwego De Oliveiry miał być chyba w zamierzeniu poważnym dziełem w modernistycznym stylu, ale okazał się, jak to ktoś określił, “niezamierzoną autoparodią”.
Do rozczarowań muszę też zaliczyć małą widoczność zaproszonych gości, których obecność nie została chyba odpowiednio wyeksponowana. W konferencjach prasowych organizowanych po filmach można było brać udział tylko tracąc kolejny pokaz. Możnaby też ponarzekać na organizację, ale zamiast tego napiszę o jeszcze jednym zachwycie – filmach Akiego Kaurismäkiego, które pokazywano w kinie “Polonia”. Oprócz znanego z polskich kin Człowieka bez przeszłości pokazano cztery inne filmy, nakręcone wraz z operatorem Timo Salminenem (Wynająłem zawodowego zabójcę, Tatjana, Dryfujące chmury i Juha). Absurdalny komizm w zderzeniu z absolutną powagą bohaterów – to warto było zobaczyć. Podobnie jak warto było jednak (mimo wszystko) wybrać się na ten tydzień do Łodzi.
Anna Michalak
(tekst i zdjęcia)
10.12.2004
Na otwarcie festiwalu zaserwowano nam niezmiernie smakowity kąsek – świeżutkiego, ciepłego jeszcze Hrebejka (dwa tygodnie po praskiej premierze). Pyszny jak świeże bułeczki i równie aktualny, choć zdecydowanie mniej sielankowy niż obrazek wyjętego z pieca pieczywa. “Horem Padem” nie kokietowało widza wykoncypowaną na siłę narracją – poszczególne wątki co prawda przecinają się w dość niespodziewany sposób, ale równocześnie każdy żyje swoim życiem i niesie własną prawdę.
Czeski reżyser po raz pierwszy sięgnął do współczesności i mam wrażenie, że obejrzał ją pod prawie każdym możliwym kątem, i tak: mamy tu nie tylko złodziei, kibiców i imigrantów, lecz także historię opuszczonej przez najbliższych pięćdziesięcioletniej kobiety i dramat inteligencji, która mimo prób zaangażowania się w bieżące problemy społeczne, żyje w całkowitej izolacji i nie potrafi zrozumieć tych, którym czuje się zobowiązana pomóc. To przede wszystkim piękna opowieść o budowaniu i odbudowywaniu więzi międzyludzkich, w której aktualność nie zostaje podporządkowana żadnej ideologii.
Podobne spojrzenie na współczesność – od strony człowieka a nie, za przeproszeniem, dyskursu – widać choćby w “Mistrzach” Marka Najbrta czy “Nudzie w Brnie” Vladimira Moravka. Wszystkie trzy filmy równie celne i błyskotliwe.
W nieco inną stronę poszedł Ondricek – “Jedna ręka nie klaszcze” bliższa jest raczej pastiszowi, niż dwóm wcześniejszym filmom reżysera, jednak jest to pastisz bardzo udany. Na zamknięcie wątku czeskiego – w końcu wszystkich filmów było sto kilkanaście, i nie da się o każdym napisać rozprawki – warto wspomnieć o dość klasycznych i nastrojowych “Zelarach” Ondrieja Trojana.
Do panoramy niemieckiej jakoś nie miałam szczęścia – dwa tytuły, na które w tym roku dotarłam, wypadły dość mizernie, w porównaniu choćby z pokazanym w Warszawie dwa lata temu “Halbe Treppe”. Na osłodę zostało spotkanie z – nieporównywalnie bardziej błyskotliwym niż jego “Berlin Blues” – Leanderem Haussmannem. Ale o tym za chwilę.
Miłym zaskoczeniem była estońska “Rewolucja Świń”. W 2004 roku nie jest łatwo opowiedzieć zajmującą i zabawną historię o konfrontacji młodości z systemem. Tutaj to się udało. Kipi energią. I przekonuje, że na kinematografię byłego ZSSR niekoniecznie trzeba patrzeć przez pryzmat egzotyki.
Tę intuicję potwierdzili także rosyjscy “Nasi”. Odbarwiona taśma, realistycznie a zarazem z dużym wyczuciem pokazana przemoc, do tego wrażliwość na moralne dwuznaczności. Czuję się coraz bardziej przekonana do tezy, że dramat wojenny jest jednym ze szlachetniejszych gatunków filmowych.
I tu nie da się nie wspomnieć o powojennym komedio-dramacie z Bośni i Hercegowiny. Odbudowa kraju – bynajmniej nie dobrowolna, a pokazana na przykładzie małego miasteczka, co wzbogaca “Zapalnik” o dodatkową dawkę absurdalnego humoru – nie jest przedsięwzięciem prostym łatwym i przyjemnym. Nawet jeśli w powietrzu unosi się biesiadno-poetycki duch filmów Kusturicy.
A skoro już biesiada i poezja (choć zdecydowanie inna, raczej turpistyczna) to oczywiście “Wesele”. Nie pamiętam tak żywiołowej reakcji publiczności. Nie będę też po raz kolejny powtarzać – słusznych i zasłużonych – achów i ochów jakie towarzyszą temu filmowi. Kto widział ( a to lektura bardziej obowiązkowa niż “Pan Tadeusz” czy “Władca Pierścieni”) wie, o co chodzi.
Tyle Europy. Tym bardziej że wygrało “Piękne miasto” Asghara Farhadi. Specjalnie nie dodałam przed tytułem przymiotnika “irańskie”, bo jakkolwiek film mocno osadzony jest w realiach, to jednak nie trudno zauważyć, że sporo go odróżnia od twórczości Makmalbafów, Panahiego czy Kiarostamiego. “Piękne miasto” zaskakuje przede wszystkim precyzją scenariusza, wieloznacznym rozegraniem poszczególnych wątków. Oskarżony o zabójstwo chłopak kończy 18 lat, osiąga tym samym wiek, w którym można wykonać na nim egzekucję. Jego przyjaciel dociera do ojca zabitej dziewczyny – to jedyny człowiek, który może anulować wykonanie wyroku. Nie jest to jednak opowieść o wybaczeniu, ani nawet o skomplikowanych zależnościach w irańskim społeczeństwie (choć ten wątek został tu z dużym wyczuciem zaakcentowany).
W każdym z bohaterów toczy się walka między emocjami – bez względu na to czy będzie to miłość czy żądza zemsty – a trywialnym pragnieniem zrealizowania własnych interesów. Wynik pozostaje równie niepewny jak ludzka natura. To nie tylko próba opisu sytuacji w Iranie i warunków życia, to także uniwersalna diagnoza naszej sytuacji w świecie, nieustannego balansowania między tym, co postrzegamy jako wyższe i nadrzędne: wartościami, ideami czy uczuciami, a przyziemnością i partykularnym myśleniem.
Daleki Wschód reprezentowały jedynie dwa filmy. Pierwszy to wyciszone i fizjologiczne zarazem sf “Wszystkie jutrzejsze imprezy” Yu Lik-waia (operator pokazywanych w Cieszynie “Nieznanych Rozkoszy” i “Platformy”) z Chin. Drugi – japońskie “Hard Luck Hero” w reżyserii Sabu usytuowałabym gdzieś pomiędzy Takashim Miike i Alejandro Gonzalesem Inaritu.
Oczywiście światowe kino nie istnieje bez USA. Pominęłam całkowicie fabuły na rzecz pełnometrażowych dokumentów. I nie żałuję. Szczególnie nie żałuję dwóch tytułów. “The yes man” – to bezpretensjonalny i zabawny zapis działań kilku osób podszywających się pod ekspertów z WTO. “The fog of war: Eleven Lessons from the life of Robert S. Mc Namarra”, to faktycznie lekcje we mgle. Główny bohater ze stoickim spokojem opowiada o problemach ze zmianą taktyki bombardowania Tokio – gdy udało się przeforsować jego plan w ciągu jednej nocy zginęło 100 tyś cywilów – a chwilę potem roni łzę wspominając wizytę Kennedy’ego na cmentarzu dzień przed zamachem.
Bez wątpienia Wielki Mąż Stanu jest postacią co najmniej odrażającą pod względem moralnym. Z drugiej strony, Mc Namarra nieustannie podkreśla, że chcąc działać skutecznie, nie zawsze należy kierować się racjonalnymi kryteriami. Dodajmy do tego ostatnią lekcję, czy może ostatnie, jedenaste przykazanie : “Ludzkiej natury nie da się zmienić” i wychodzimy z kina przerażeni światem, czy raczej niemożliwością jego zrozumienia, tak w kategoriach racjonalnych, jak i metafizycznych. A na pierwszy rzut oka film wydaje się niewinny – ot, historia jednej kariery.
Tyle tytułem, z konieczności wybiórczego, przeglądu filmów z warszawskiego festiwalu. Dobrze było się przekonać, że współczesne kino niekoniecznie musi się koncentrować na indywidualnych neurozach, transgresjach czy frustracjach erotycznych. Wciąż potrafi znaleźć bohatera, wpisać go w szerszy kontekst, umiejscowić w konkretnym geograficznym, politycznym i społecznym miejscu i czasie. I z wrażliwością sejsmografu obserwować świat, który nas otacza. Przykładem choćby pojawiający się w rosyjskich “Staruchach” i bułgarskiej “Mili z Marsa” motyw opuszczonych wiosek, w których żyje zaledwie kilkoro starszych ludzi, czy wątek powracający w kilku filmach wątek nielegalnych imigrantów, który na szczęście ani razu nie doczekał się tu łopatologicznego opracowania w postaci bajki o złym świecie i biednych ludziach, a twórcy zawsze szli o krok dalej, głębiej.
Dodam jeszcze, że na deser tuż po projekcjach można było dostać spotkania z twórcami. Codziennie były co najmniej trzy konferencje prasowe, na każdej średnio trzech gości, którzy potem co najmniej dwukrotnie spotykali się z publicznością po filmie. No i tu się działo, bo wszystkie wrażenia można było skonfrontować “na żywca”. Błyskotliwy Mucha, urocza Isild le Besco, skromny i inteligentny Smarzowski, charyzmatyczny Haussmann, wyciszony Milbart – długo by wymieniać.
Było warto.
Są takie festiwale filmowe (jest ich niewiele), na których podstawowym zajęciem uczestnika jest walka. I nie mam na myśli walki z innymi uczestnikami o dogodne miejsce na sali kinowej (bo takich jest niemało), ale walkę z samym sobą. Walkę o to, czy oddać się rozkoszom płynącym z wyświetlanych filmów, czy przyjemnościom spotkań towarzyskich. A i wśród tych festiwali zdarzają się takie, na których jednego z drugim nijak pogodzić się nie da. Z dwóch względów: i repertuar wyborny, i ludzie (wszyscy: organizatorzy, goście, uczestnicy!) znakomici. Walka to nierówna i tragiczna.
Ja toczyłem swoją walkę w Cieszynie na VI. Przeglądzie Filmowym “Kino na Granicy” (20-25 kwietnia 2004). I wiem jedno: wyszedłem z niej zwycięsko! Czyż ktoś spodziewał się innego wyniku? Próbowałem znaleźć tzw. złoty środek (tym razem nie mam na myśli piwa) – i chyba znalazłem. Bawiłem się wyśmienicie, naoglądałem się na naprawdę dobrego kina. I w ogóle nie miałem ochoty stamtąd wyjeżdżać…
To była moja trzecia wizyta na “Kinie na Granicy” – wiedziałem więc, czego z grubsza mogę się spodziewać. Jednak w tym roku organizatorzy Przeglądu rozszerzyli nieco spektrum repertuarowe, prezentując retrospektywę twórczości Agnieszki Holland i pokazując jeden film węgierski. Organizatorzy uchylają się od odpowiedzi na pytanie, czy obecność filmu węgierskiego jest pierwszym krokiem w stronę podbicia ostatniego bastionu wyszehradzkiego. Ja na to liczę! A owym filmem była “Czkawka” (”Hukkle”, 2002, reż. György Pálfi) – i doprawdy nie wiem, jak i co o tym filmie pisać. Spróbować streścić, opowiedzieć? Niewykonalne. Ktoś napisał, że to taki węgierski “Mikrokosmos”, ale zamiast małych żyjątek wszelakiej maści – a w zasadzie obok nich – oglądamy tu dzień z życia madziarskiej wioski. A żyją w niej, w dziwacznej nieraz symbiozie, ludzie, zwierzęta i sprzęt rozmaity.
Pozornie nic wielkiego tu się nie dzieje. No, może poza tym, że ktoś umiera, ktoś coś rozlewa lub wylewa, sum połyka przynętę i staje się paprykarzem, przelatujący nisko odrzutowiec wywołuje niemal trzęsienie ziemi, kot dość poważnie przesadza ze spożyciem alkoholu, ktoś kogoś morduje, na patelni rumieni się cebulka ze sproszkowaną papryką, kret zjada dżdżownicę (jak spaghetti!), a kreta – pies. Wszystko oparte jest na zadziwiających analogiach, a rytm filmu wyznacza chorobliwa czkawka staruszka. Kto by pomyślał, że czkawką można wywołać niemal hitchcockowski suspens! A można! Doprawdy, niezwykłe to dzieło, co potwierdza spora garść międzynarodowych nagród, w tym Europejska Nagroda Filmowa za odkrycie roku.
Retrospektywa filmów Agnieszki Holland była natomiast oczywistym następstwem innej nowinki Przeglądu – konferencji naukowej pt. “Kino Agnieszki Holland a tożsamość kultury europejskiej”, zorganizowanej przez Instytut Sztuk Audiowizualnych UJ, Stowarzyszenie “Solidarność Polsko – Czesko – Słowacka” z Cieszyna i Kulturni A Společenské Středisko “Střelnice” z Český’ego Těsína. Nie będę pisał, co kto mówił na konferencji, bo organizatorzy zapowiadają wydanie książki zawierającej wygłaszane tam referaty.
Napiszę za to o zwieńczeniu konferencji, jakim był panel dyskusyjny z panią Agnieszką, który miałem przyjemność prowadzić wraz z Moniką Pamułą. Rozmawiało się sympatycznie i, jak mniemam, treściwie. A rozmawialiśmy o tożsamości, jej aspektach, poszukiwaniu i obronie, o Europie Środkowej i środkowoeuropejskości, o współczesnym kinie, jego kryzysie i nadziejach, o różnicach w odbiorze filmów pod różnymi długościami i szerokościami geograficznymi.
Pani Agnieszka jest wspaniałą osobą, otwartą i przychylną, a przy tym niezwykle dowcipną. Odniosłem wrażenie, że pięć lat spędzonych w Czechosłowacji podczas studiów w praskiej FAMU ukształtowało jej sposób bycia – na czesko – słowacką modłę właśnie. Bo w odróżnieniu od wielu polskich filmowców, którzy lubią otaczać się pompatycznym murem i wspinać niezłomnie na podobno należny im piedestalik, pani Agnieszka zachowuje zdrowy, ironiczny dystans do świata i siebie. To spotkanie było dla mnie naprawdę wartościowym doświadczeniem.
Stałym punktem programu “Kina na Granicy” od jego zarania jest prezentacja najnowszych produkcji naszych południowych sąsiadów. Chociaż pamiętny boom czeskiego kina sprzed kilku lat minął już chyba, tamtejsi filmowcy nadal utrzymują wysoki poziom. W zeszłym roku powstało co najmniej kilka naprawdę dobrych filmów. Na Słowacji jest gorzej – tam, wedle słów Martina Sulíka, kino zamiera. Powstają dwa, trzy filmy rocznie, z czego jeden to zwykle film Sulíka właśnie – a i tak wszystkie w koprodukcji z Czechami lub innymi krajami.
Dane mi było obejrzeć trzy najgłośniejsze czeskie filmy zeszłego roku: “Jedna ręka nie klaszcze” (”Jedna ruka netleská”) Davida Ondříčka, “Żelary” Ondřeja Trojana i “Nudę w Brnie” (”Nuda v Brně”) Vladimíra Morávka. I są to trzy film absolutnie godne polecenia.
O “Jednej ręce…” pisałem już przy okazji relacji z bratysławskiego festiwalu. Nie będę się więc powtarzał, dodam tylko, że uważam ten film za donośny głos w sprawie szaleństw naszej współczesności – od mody na tzw. zdrowy, ekologiczny lifestyle począwszy, a na postępującym zdziczeniu widowisk typu reality show skończywszy. Tu wszystko zostaje skarykaturowane, spotęgowane i – wykpione. I to mi się podoba. Nawet bardzo.
“Żelary” Trojana uzyskały w tym roku nominację do Oscara? w kategorii filmów obcojęzycznych. I, przyznam szczerze i bez bicia, wychodząc po seansie z kina miałem wrażenie, że ten film został zrobiony schematycznie, “pod zachodniego widza” właśnie. Ale im więcej o “Żelarach” myślałem, tym bardziej byłem przekonany o swojej pomyłce. Dochodzę do wniosku, że schematów nie ma tu za grosz! Każde intuicyjne przypuszczenie o tym, co będzie dalej, rozsypuje się w proch w miarę postępu akcji. Ale nie oznacza to, że czułem się jakoś zmanipulowany, czy rozczarowany – wręcz przeciwnie, to potęgowało moją ciekawość i przyjemność płynącą z obcowania z dziełem.
“Żelary” to historia z czasów II wojny światowej, rozgrywająca się gdzieś w Protektoracie Czech i Moraw. Niedoszła lekarka Eliska zmuszona jest wskutek swojej działalności w ruchu oporu uciekać z miasta. Trafia najdalej, gdzie się da – do maleńkiej wioski ukrytej w górach. Zmienia tożsamość, poślubia nieznanego niemal Jozę (któremu jednak wcześniej, jeszcze w mieście, oddała krew). Wchodzi – już jako Jozowa Hana – w zupełnie nieznany sobie świat, który wydaje się o całe dekady zacofany w stosunku do jej rzeczywistości. I w takich realiach budzi się między niespodziewanymi małżonkami uczucie, a Hana wtapia się w nowy świat. A gdzieś w tle toczy się światowa wojna, która nagle, z łomotem wkroczy w końcu do Żelar.
To epickie kino, choć w gruncie rzeczy dość kameralne. Twórcom udało się uniknąć patosu i to już jest godne pochwały. Udało im się też uniknąć taniego melodramatyzowania. Tu miłość jest prosta i naturalna, a przemoc odpowiednio straszna. Pierwszej klasy aktorstwo (pamiętna z “Jazdy” Jana Svěraka Aňa Geislerová w roli Eliski-Hany i węgierski aktor György Cserhalmi jako Joza oraz niezliczone wyborne role drugoplanowe i epizody), znakomite zdjęcia Asena Sopova i piękna muzyka (choć trochę jakby Lorenco-podobnie brzmiąca) Petra Ostouchova czynią z tego filmu naprawdę godne uwagi widowisko. Mam nadzieję, że któryś z polskich dystrybutorów dostrzeże w nim coś więcej niż tylko kolejną wojenną historyjkę miłosną i zechce wprowadzić “Żelary” na nasze ekrany.
Trzeci film, “Nuda w Brnie” Morávka to absolutny hit w Czechach, a na dodatek zdobywca Czeskich Lwów w najważniejszych kategoriach. Tego jeszcze w kinie nie widzieliśmy: para młodych niepełnosprawnych ludzi chce rozpocząć życie seksualne. Wiedzą już co, wiedzą kiedy, ale nie wiedzą – jak? Standę uświadamia i instruuje starszy brat, Olinkę – liczne i wylewne sąsiadki. To jeden z wątków tego filmu, pozostałe też krążą wokół seksu i erotyki, ale żaden nie przekracza granicy dobrego smaku. I wszystkie tryskają niewiarygodnym dowcipem. Ale w ostatecznej wymowie ten film nie jest li tylko komedią. Wydawałoby się, że nudzić się w Brnie to musi być zaprawdę czysta przyjemność – finał pokazuje, że nie do końca tak jest. Więcej nie zdradzę, bo ten film na pewno trafi na polskie ekrany. Nic, tylko czekać.
Agnieszka Holland była też współautorką programu Przeglądu. Jeden z cykli prezentował filmy, które pani Agnieszka wybrała jako swoje szczególne inspiracje. Dzięki temu mogłem “nadrobić” trochę czechosłowackiej klasyki: obejrzałem wreszcie “Diamenty nocy” (”Démanty noci”, 1964) Jana Němca i “Odwagę na co dzień” (”Kazdý den odvahu”, 1964) Evalda Schorma. Obydwa filmy zaliczane są do ścisłej czołówki dzieł szkoły czeskiej, ale to całkowicie inne kino niż jej najpopularniejsze oblicze, jakim jest wczesna twórczość Formana i Menzla – bardziej refleksyjne, moralizatorskie. Inna twarz zatem, ale nie mniej atrakcyjna. To filmy – legendy. Wiele już o nich napisano, może i ja się na słów kilka zdobędę. Ale nie tym razem – nie miejsce i nie czas na to, bo obiecałem sobie pisać tylko o najświeższych propozycjach.
Pisałem we wstępie o walce, jaką toczyłem. Sporo już napisałem o filmach, wydawałoby się, że czas na słów parę o życiu towarzyskim. Ale to jednak postanowiłem zachować dla siebie. Tak będzie lepiej. Parafrazując klasyka: koniec i bomba, a kto tam nie był, ten trąba.
Przed końcem absolutnym pora jeszcze na garść podziękowań. Dziękuję pani Agnieszce Holland za wspaniałe spotkanie, dziękuję pani dr Marioli Dopartowej za propozycję jego poprowadzenia, dziękuję Monice Pamule za wspólne prowadzenie. Dziękuję koleżankom i kolegom za mile spędzony czas. I wreszcie – last but not least – dziękuję Joli Dygoś, szefowej “Kina na Granicy”, za zaproszenie, za wikt i opierunek, za genialną imprezę!
Kilka godzin temu, wraz z wejściem Polski i Czech w struktury Unii Europejskiej, Cieszyn i Český Těsín stały się znów jednym miastem. Może łabędzie na Olzie nie będą już miały problemów z tożsamością. To połączenie symboliczne, bo wszystkie podziały przecież nie znikły. Ja jednak czekam już niecierpliwie na siódme “Kino na Granicy” – już bez tej przebrzydłej granicy, dzielącej miasto i ludzi!
Do zobaczenia!
PS Tytuł niniejszej pisaniny powstał oczywiście z połączenia dwóch tytułów utworów Jaromíra Nohavicy: “Moje malá válka” i “Těsinská”. Przedwczoraj byłem na jego koncercie. Akapity początkowe powstały jednak wcześniej. I tak mi się to wszystko poskładało.
Stało się! Wróciłem z festiwalu filmowego przed jego końcem. Dotychczas mi się to nie zdarzało. Co więcej, już po trzecim dniu postanowiłem wracać. Trochę szkoda, bo repertuar ciekawy, ale…
Piąta edycja Międzynarodowego Festiwalu Filmowego Bratysława 2003 odbywa się w nowym miejscu: w monstrualnym molochu handlowo-rozrywkowym Aupark. Niepisaną tradycją tego Festiwalu jest, że swoją siedzibę ma w tzw. multipleksach. I to tradycja godna pochwały, bo kumulacja całego życia festiwalowego w jednym miejscu to pomysł ze wszech miar dobry, zwłaszcza w zimno-szarym sezonie zimowym. W tym roku, z powodu różnych zawirowań dziejowych, Festiwal przeniósł się ze zwykłego multipleksu do Auparku, którego małą część stanowi 12 sal kinowych.
Aupark cechuje ta zasadnicza niedogodność, że znajduje się po tej nowszej, ohydnej stronie Dunaju (kto zna Bratysławę, wie, o co chodzi), co wiązało się z codzienną mozolną przeprawą przez długi most. Po drugiej strony zostawić trzeba było całą urokliwą starówkę z wszystkimi piwiarniami i restauracyjkami (w Auparku poza “szybkim jedzeniem” zjeść nie da się nic, a porządnego lanego piwa jest jak na lekarstwo). Także podróże po samym Auparku nie należą do przyjemności: kilometry labiryntu galerii handlowych, wystaw, promocji, przedzieranie się przez tłumy opętane manią zakupów. Wszystko to jest niemiłe, choć jeszcze do wytrzymania.
Z rzeczonych 12 sal wydzielono 5 sal na projekcje festiwalowe, pozostałe 7 działało regularnym trybem. I to był pierwszy problem (już większego kalibru): natłok widzów niefestiwalowych; nieprzebyty, wszędobylski tłum, ścisk, gwar jak w ulu i woń popcornu.
Podstawową wadą wszystkich chyba multipleksów jest wszechobecny, dławiący fetor popcornowy. Na mnie działa on wyjątkowo dokuczliwie, nad wyraz męcząco. I choć faktem jest, że publiczność festiwalowa popcornu raczej nie konsumowała, to i tak wszystko tam jest już trwale przesiąknięte tym mdłym zapachem. Po pierwszym dniu miałem wrażenie, że moje ubrania, moje włosy, cały ja jestem nim przesiąknięty. Być może jestem nieco przewrażliwiony na tym punkcie, ale… chyba nie za bardzo. Nie jestem w stanie przywyknąć do tego typu doznań organoleptycznych. To już spory problem (przynajmniej dla mnie).
Uczestnictwo w Festiwalu wiąże się z wykupieniem akredytacji, na którą potem należy odbierać wejściówki na poszczególne pokazy. Metoda to nienowa i tu i ówdzie sprawdzona, ale pod warunkiem, że udostępniona jest odpowiednia do zapotrzebowania ilość stanowisk do wydawania tychże wyjściówek. Niestety, organizatorzy zapewnili jedynie dwa (w porywach do trzech) stanowiska, co oczywiście zaowocowało powstawaniem gigantycznych kolejek. A odbierać można było tylko na aktualny dzień (goście mogą z jednodniowym wyprzedzeniem). Efekt był taki, że rozgorączkowana ciżba tłoczyła się w kolejkach i ze zgrozą obserwowała pojawiające się raz po raz komunikaty, na które pokazy wejściówek już nie ma (żadnych “dostawek” ani “podłogi” nie przewidziano). Bałagan, strata czasu i energii (w sekrecie nadmienię jednak, że te wejściówki nie były aż tak potrzebne…). To doprawdy było niepotrzebnie męczące; to problem największy, mający zdolność przeważania szali.
To chyba podstawowe felery Festiwalu: kiepska lokalizacja, smród popcornu, konieczność wystawania w kolejkach. Czas na słów parę o zaletach, które niestety zostały skutecznie przysłonięte wadami. Podstawową zaletą jest bardzo ciekawie zapowiadający się program (http://www.iffbratislava/2003/), o którego szczegółach informować jednak nie zamierzam z prostej przyczyny: niewiele dane mi było doświadczyć. Interesujące były spotkania z gośćmi – fakt, że głównie z filmowcami słowackimi i czeskimi, ale to akurat bardzo mi odpowiadało. Wreszcie miałem przyjemność uścisnąć dłoń i zamienić kilka zdań z Davidem Ondříčkiem, którego film “Samotni” darzę bezkrytycznym uwielbieniem (niech sobie ten i ów mówi, że to film pusty, że o niczym – ale jak się ogląda!). Wspominaliśmy z Martinem Sulíkiem pewną imprezę w skansenie (szczęśliwcy, którzy byli na pamiętnym Festiwalu w Sanoku, wiedzą, o czym mówię). Niestety nie doczekałem się na Petra Zelenkę, którego darzę szczególną estymą.
Obejrzałem tylko 3 filmy: francusko-belgijski “Kiedy odszedł Otar” w reżyserii Julie Bertucelli oraz czeskie “Jedna ręka nie klaska” Davida Ondříčka i “Brak” Karela Spěváčka.
“Kiedy odszedł Otar” (”Depuis qu’Otar est parti”) to subtelna opowieść o trzech kobietach – babci, matce i córce – rozgrywająca się we współczesnej Gruzji (ale oczywiście jeszcze przed Różaną Rewolucją – na ekranie pojawia się były już prezydent Szewardnadze). Babcia żyje oczekiwaniem na wieści od syna Otara, który wyemigrował do ukochanej przez nie Francji. Gdy matka i córka dowiadują się, że Otar zginął w wypadku, postanawiają ukryć ten fakt przed babcią, by oszczędzić jej zrozumiałego cierpienia. Zaczyna się kłopotliwa na dłuższą metę taktowna gra w kłamstewka, która znajduje swój finał w decyzji zaniepokojonej babci o wyprawie do Paryża. Tam babcia oczywiście poznaje tragiczną prawdę, ale sam film nie kończy się tragicznie. Niespieszne tempo, wystudiowana gra, gruziński temat – to wszystko przypominać może twórczość Otara Iosselianiego. I słusznie – Julie Bertucelli była jego wieloletnią asystentką. Polecam.
“Jedna ręka nie klaska” (”Jedna ruka netleská”) Ondříčka to film, na który czekałem z największą nadzieją i niepokojem, czy zdoła doścignąć “Samotnych”. Wedle katalogu Festiwalu, jest to “czarna komedia, w której jeden głupek spotyka jeszcze większego głupka – i zostają przyjaciółmi”. W telegraficznym skrócie tak to właśnie można przedstawić, ale sam film stanowi przewrotną zabawę konwencjami i motywami światowego kina. Taki środkowoeuropejski Tarantino (toutes proportions gardées)… Mamy tu nawiązania do kryminału, burleski, twórczości Greenawaya, Chaplina, Aronofsky’ego, estetyki lat 70., kpinę z telewizyjnego realisty show, gier komputerowych i wielu, wielu innych zjawisk. Wszystko podane jest w typowo czeskim absurdalno-surrealistycznym sosie. Główne role kreują Jiří Macháček (pamiętny żółtowłosy Jakub z “Samotnych”), Marek Taclík (filmowy debiut) i Ivan Trojan (niemniej pamiętny Ondřej z “Samotnych”). Wszyscy oni byli także, wraz z Ondříčkiem, współautorami scenariusza. Reszta ekipy realizacyjnej też jest z “Samotnych”: w epizodzie pojawia się Tatiana Vilhelmová, muzykę dobrał Jan P. Muchow, za kamerą stał Richard Řeřicha itd.
Ten film bardzo trudno opowiedzieć. Fabuła jest wybitnie “zakręcona”, pełna zaskakujących sytuacji, absurdalnych dialogów i zwrotów akcji. Mamy więc i przemyt orłów ze Słowacji, i współczesną tajemną organizację, i chłopczyka przebierającego się w ciuszki siostry, i porwania, i odcięte kończyny (jedna ręka nie klaska!). A w centrum tego wszystkiego jest dobroduszny Standa (Macháček), którego naturalność i swoistą naiwność wykorzystują wszyscy wkoło. Ta postmodernistyczna zabawa nie tylko bawi, ale i na swój sposób krytycznie komentuje współczesną rzeczywistość. Jednak miałem wrażenie, że momentami twórcy lekko zagalopowali się w swojej zabawie, gubiąc po drodze spójność całości. “Jedna ręka nie klaska” jest świetną rozrywką, wzbudza zrozumiałe salwy śmiechu i stanowi świetny temat do długich pogaduszek, ale czegoś jej brakuje. Dość trudno mi jednak zdefiniować, czego (podobnie trudno zdefiniować, co się tak podoba w “Samotnych”). Mimo to, w samych Czechach od premiery w połowie września film obejrzało już ponad 420 tys. widzów. To tak, jakby na polski film poszło w ciągu 2 miesięcy ponad 1,5 miliona Polaków… David Ondříček obiecał mi, że jego film będzie dystrybuowany w Polsce, ale nie wiadomo, kiedy i przez kogo, bo dystrybutor “Samotnych” już nie działa na rynku. Pozostaje czekać na spełnienie obietnicy, bo naprawdę warto obejrzeć ten film.
Trzeci z obejrzanych przeze mnie filmów, “Brak” Karela Spěváčka, traktuję raczej jako zgrywę niż poważne dzieło. To historia trzech kumpli, którzy w trakcie suto ubarwianej różnymi używkami imprezy, obok pizzy, zamawiają przez telefon także prostytutkę. Po całonocnej zabawie, rano znajdują ją martwą. I tu zaczyna się głupawe, pełne dziur i niekonsekwencji realizatorów, szukanie sposobu na pozbycie się zwłok. W sumie ani nic ciekawego, ani odkrywczego. Można sobie odpuścić.
Czas na krótkie podsumowanie. Wbrew pozorom, nie żałuję, że pojechałem do Bratysławy – przynajmniej wiem, “jak i z czym się je się” ten Festiwal. I skłonny jestem polecić go, ale tylko pod warunkiem posiadania akredytacji kategorii wyższej niż zwykły uczestnik (gość, V.I.P.) i spinacza do wieszania prania – na nos. W przypadku nieposiadania tych akcesoriów: uczestnictwo tylko na własne ryzyko.
A samą Bratysławę zawsze warto odwiedzić! To najprawdziwsza perełka, choć trochę przyćmiona blaskiem słynnej wielkiej trójki: Pragi, Budapesztu i Wiednia. Polecam bez zawahania.
Maciej Gil
02.12.2003
© pati 2007. | Redakcja: ???