Alicja Łoś
Ksiądz, kosmonauta, minister, trener, przestępca – osobno nie robią piorunującego wrażenia, ale jeżeli razem stanowią drużynę piłkarską ludzkość uzna to za początek apokalipsy lub spełnienie jakiegoś przerażającego biblijnego proroctwa. Można chyba zachować spokój, jeżeli owa międzygalaktyczna drużyna okaże się być grupą bezdomnych, mieszkających na Warszawskim Dworcu Centralnym.
Najnowszy film Kasi Adamik to opowieść o grupie biednych ludzi bez dachu nad głową, którzy pod wodzą nowo-bezdomnego byłego piłkarza stają się drużyną footballową. Początki jak zawsze nie są łatwe. Brak zapachu pieniędzy, miejsc do treningów i śmiesznie przyziemnych rzeczy jak jedzenie i ubranie wydają się być nie do pokonania. Koniec jednak ze smutkiem, marazmem i pesymizmem w polskim kinie. Dzięki zaangażowaniu i ciężkiej pracy nie ma przecież rzeczy niemożliwych. Przyszli sportowcy mogą trenować na naszym najbardziej zasłużonym Stadionie Dziesięciolecia, a pieniądze nie grają roli, jeżeli ma się cenniejsze od dziedzictwa narodowego znajomości. Nieoczekiwanie na dworcu może pojawić się nawet kobieta, podróżująca z Paryża do Moskwy, która przypadkiem nakręci o nowych sportowcach film, dzięki któremu pojadą oni na Mistrzostwa Świata w piłce nożnej.
Oglądając Boisko bezdomnych mamy wrażenie Déjà vu. Dziwnie znajoma jest nam historia o powstawaniu drużyny sportowej w jakimś małym miasteczku w USA, która z góry skazana na porażkę w ostatniej minucie meczu odnosi zwycięstwo. Nic dziwnego, gdyż film Kasi Adamik jest bardzo Hollywoodzki, choć osadzony w realiach polskich i z polskimi akcentami (korupcja w piłce nożnej). Jak sami twórcy podkreślają pomysł na film zrodził się ze wzmianki prasowej na temat Mistrzostw Świta bezdomnych w piłce nożnej na, których o dziwo nasza narodowa reprezentacja dwukrotnie zdobyła już tytuł Mistrzów Świata.
Filmowa drużyna to cały konglomerat osobowości i historii. Ksiądz, Kosmonauta, Minister, Wariat, Górnik, Rolnik i facet z wyrokiem należą do zespołu i mniej lub bardziej odsłaniają przed nami swoje problemy i życiorysy. Główny bohater Jacek Mróz (Marcin Dorociński) dobrze zapowiadający się piłkarz przez poważną kontuzję musi pożegnać się z reprezentacja Polski i zostaje nauczycielem wychowania fizycznego w pobliskiej szkole. Problemy w domu i pracy zmieniają jego życie w pasmo niepowodzeń i doprowadzają go na Dworzec Centralny. Pseudonimy bohaterów świadczą o ich dotychczasowym życiu i o tym, czym się zajmowali. Oprócz wspólnego losu zaczyna ich łączyć po prostu football. Tworząc zespół, mimo niepowodzeń i kłótni, są razem. Pokonywanie przeciwności losu i dążenie do wspólnego celu, choć mogą wydawać się bardzo Amerykańskie, doskonale wpisują się w naszą szarą mentalność. Świadczy o tym chociażby dobre przejęcie filmu przez publiczność na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Niezmiernie dobrze przedstawiono w dziele ludzi bezdomnych. Często nie zdajemy sobie sprawy z problemów i życiowych doświadczeń ludzi proszących o jedzenie czy pieniądze, których spotykamy na ulicy czy dworcu.
Boisko Bezdomnych nie jest jednak szczególnie wybitnym filmem. Zawodzą niektórzy pseudo-aktorzy, przez co momentami jest sztucznie i kwadratowo. Nie można jednak nie docenić starań autorów, którzy szerzą optymizm i patriotyzm u Polaków. Filmowi bezdomni grając na Mistrzostwach Świata, jako polska drużyna ponownie czują, że odzyskali dom. Ich domem jest Polska. Historia wrzucona na ekrany jest nieprawdziwa, przerysowana i momentami łzawa, ale wzrusza widza i pozwala na chwile zapomnieć o własnych problemach.
Alicja Łoś
25.10.2008 o godz. 17.00, przy ul. Gołębiej 14 (sala 72) odbędzie się spotkanie z Michałem Oleszczykiem, dyrektorem tegorocznej edycji Festiwalu OFFCAMERA. Wszystkich zainteresowanych serdecznie zapraszamy!
Rafał Biernacki
Często zastanawiałem się, jakim byłbym człowiekiem, gdybym przyszedł na świat 20-30 lat wcześniej. Gdybym nie dostąpił łaski późnego urodzenia i, tak jak moi rodzice, wchodził w dorosłość na przełomie lat 60-tych i 70-tych.
Jałowe. Zawsze było to jałowe i fałszywe. Czego bym nie wymyślił i tak pozbawione to było śladów choćby prawdopodobieństwa. Ot, takie pokłosie młodzieńczych buntów i rozliczania wyborów starszego pokolenia.
Duża jest w tym wina moich rodziców. Nie potrafili przekazać mi czym był PRL, czym było codzienne życie bez nadziei na zmianę pracy, bez nadziei na zmianę mieszkania, bez nadziei na jakąkolwiek zmianę, bez informacji o bożym świecie, w upodleniu codziennej gonitwy za artykułami pierwszej potrzeby…
Ale czy rzeczywiście mogę za to winić moich rodziców? Jak mogli przekazać mi coś, czego sami nie potrafili nigdy nazwać, określić, zdefiniować? Jak zdefiniować żal za życiem, które minęło w kołchozie, ale jednak było niepowtarzalne, własne, pełne uczuć i przeżyć?
Ich doświadczenie jest nieprzekładalne, niepowtarzalne. Zabiorą je ze sobą do grobu. Nie jesteśmy powołani do zrozumienia tego doświadczenia, nawet do jego usłyszenia. Nie jesteśmy w stanie go pojąć…
Obejrzałem “Rysę” Michała Rosy, bo bardzo lubię filmy o pamięci. Pamięci o życiu przede wszystkim. To, jak radzą sobie z przeszłością państwa i społeczeństwa, zawsze przecież zależy jak tą przeszłość odczuwają poszczególne jednostki. Fakty, owszem, są niezwykle ważne, ale ja potrzebuję empatii, żeby sobie uświadomić, jak szaleństwo dnia codziennego było możliwe, jak dużo człowiek jest w stanie znieść i kim się w efekcie staje. Czy człowieczeństwo gdzieś się kończy? Czy może przeciwnie, wtedy dopiero można to człowieczeństwo odnaleźć?
To jest film, który wiele mówi o pokoleniu moich rodziców. Nareszcie, mogę choć trochę zbliżyć się do tego, czego nie potrafili, a może nie chcieli nazwać. Zobaczyć z czym wyszli z PRL-u, co on w nich zniszczył, co zbudował, czym obciążył.
“Rysa” to film o PRL-u. Ale niech to nikogo nie zniechęca, żadne wspomnienia, żadne rozliczenia tym bardziej. To nie jest film o lustracji, o jej słuszności lub zgubnym wpływie na relacje społeczne. “Rysa” to film o ludziach, którzy w PRL-u żyli… i nie potrafią żyć już nigdzie indziej.
Wszystko rozgrywa się na początku naszego wieku w Krakowie. Zgodne i kochające się małżeństwo 60-letnich inteligentów obchodzi w gronie przyjaciół imieniny. Wśród prezentów pani domu odnajduje kasetę wideo, którą natychmiast włącza. Nagrano tam fragment jakiegoś programu publicystycznego, gdzie pewien esbek opowiada redaktorowi o metodach pracy resortu. Podaje jako przykład historię pewnego małżeństwa: ona córka wybitnego opozycjonisty, on współpracownik SB, podstawiony jej w studenckich czasach z zadaniem wejścia do rodziny i donoszenia na teścia. Operacja zakończona całkowitym sukcesem. Resort otrzymywał kompleksowe meldunki dotyczące figuranta, aż do jego śmierci.
Orientujemy się, że chodzi o tych dwoje z Krakowa. Reagują jednoznacznie, bez wielkich emocji. On (Krzysztof Stroiński) kontynuuje sprzątanie, metodycznie wkłada naczynia do zmywarki. Ona (Jadwiga Jankowska-Cieślak) jest oburzona, że takie pomówienie poszło w telewizji. Chce iść do sądu. On wzrusza ramionami, argumentuje, że tylu ludzi już obrzucili błotem, nie ma się czym przejmować. Nic właściwie nie burzy ich spokoju.
Ona jednak nie daje za wygraną. Wyciąga z telewizji namiary esbeka i jedzie do niego. Okazuje się, że stał się “nawróconym” historykiem. Pisze książki o agenturze SB. Widział dokumenty dotyczące jej męża. Ale nie ma kopii. Ma swoje notatki. Właściwie tam nie było nazwiska, tylko imię. Nie zna wielu szczegółów. Ona orientuje się, że to wszystko funta kłaków nie warte. Zdenerwowana zbiera się do wyjścia, zapowiada proces. I wtedy esbek podaje je jakiś świstek. To jest napisane ręką agenta – mówi. Na świstku prośba o dostarczenie do celów operacyjnych materiału na sukienkę… Struna drży po raz pierwszy…
To jest ten moment, kiedy wszystko zaczyna się powoli osuwać. Reżyser z wielkim wyczuciem uchwycił sedno sprawy. Mozolne gromadzenie faktów, ich analiza, rozstrzyganie o ich istnieniu lub też nieistnieniu staje się nieważne wobec jednej, jedynej chwili, gdy nasz obraz świata zostaje podważony. Gdy malutkie ziarenko niepewności dostaje się między doskonale dopasowane tryby naszego dotychczasowego życia jesteśmy wobec tego bezsilni. Zaskakujące, pozornie błahe, ale nieubłaganie logiczne, do bólu logiczne i nie poddające się żadnej próbie racjonalizacji. Takie jest zdarzenie, które zaczyna lawinę.
Ona, wychowana w kulcie prawdy ponad wszystko, będąca kolejnym pokoleniem ceniącym prawdę, honor, uczciwość ponad własne życie, broni się. Nie chce pozwolić, żeby u kresu wszystko okazało się jedynie wytworem chorej wyobraźni oficerów prowadzących. Nie może odmówić zaufania pokładanego od lat w mężu.
Ale wszystko osuwa się coraz bardziej i to jej wewnętrzne rozdarcie, ten brak oparcia w czymkolwiek powoduje depresję i utratę smaku. Przychodzi na myśl “Wstręt” Polańskiego. Szczególnie wtedy, kiedy ona brzydzi się jakiegokolwiek kontaktu z mężem i zakłada gumowe rękawiczki, żeby posprzątać jego talerz po obiedzie. Potem wyciera spirytusem wszystkie klamki…
On ściąga na pomoc córkę z rodziną. Przyjeżdżają ze Stanów zaniepokojeni. Córka energicznie sadza rodziców razem na kanapie i zaczyna tłumaczyć, że tak nie można, że mama nie ma prawa, że takie oszczerstwa, że ojciec był najwspanialszy…
I tu zrozumiałem, że ona ma prawo. Zrozumiałem, że wszyscy ludzie, których zdradzono lub którzy czują się zdradzeni maja prawo odwracać się z odrazą od swoich zdrajców, nie podawać im ręki, przechodzić na drugą stronę ulicy, nie przebaczać. Mają takie prawo, bo nikt i nic nie może ich zmusić, żeby przekroczyli samego siebie, swoje uczucia, które im na to nie pozwalają. I nikt inny nie może wybaczyć w ich imieniu.
Ona wyprowadza się do wynajętej kawalerki. Depresja trwa, nic się nie zmieniło. Je byle co, ubiera się byle jak. Nic jej nie obchodzi. W mieszkaniu jest jeszcze jeden pokój, zamknięty na klucz przez właścicielkę. Ona rozbija szybę w drzwiach, odsłuchuje wiadomości nagrane do nieznajomej na automatycznej sekretarce, ogląda jej zdjęcia, przymierza jej ubrania. Nawet zaczyna chodzić w nich po ulicy.
Szuka innej tożsamości, bo swoją już zupełnie zakwestionowała. Dociera do mnie, że moi rodzice, ich znajomi, w ogóle wszyscy, którym przyszło żyć w PRL-u musieliby zakwestionować swoją tożsamość, przewartościować wszystkie swoje wybory, przeorać wszystkie swoje życia, gdyby zdecydowali się spojrzeć na nie według naszych, współczesnych realiów. Przypomina mi się teraz genialne “Życie na podsłuchu” Floriana Henckel-Donnersmarck’a i postać niemieckiego ubeka, który świadomie wybiera całkowite zerwanie ze swoim dotychczasowym życiem w Stasi i zaczyna egzystować na marginesie, co otwiera mu bramy prawdziwej wewnętrznej wolności.
W tych scenach ostatecznie żegnam się z mitem, że możliwa jest jakaś racjonalizacja PRL-u, jakieś włączenie tego doświadczenia w fabułę życia poszczególnych ludzi. Okazuje się, że było to tak niszczące doświadczenie, że praktycznie nie ma na to sposobu. Jednak film zdaje się podkreślać, że tak radykalne wnioski mogą dotyczyć tylko i wyłącznie jednostki. Przecież uderza w nim to, że nie ma żadnych odwołań do politycznej dyskusji o lustracji. Reżyser chce nam pokazać, co “Życie na podsłuchu” (a może tylko psychoza wywołująca zanik zaufania na poziomie zupełnie podstawowym) zrobiło z pokoleniem moich rodziców.
Nie wiemy czy oskarżenia są prawdziwe i w gruncie rzeczy nie jest to najważniejsze. Taka wiedza głównej bohaterki nic jej nie da, bo emocje nie żywią się faktami i dowodami. Te można poza tym łatwo zakwestionować w sytuacji, gdy nie istnieją kompletne archiwa. Emocje, bo one odgrywają tu zasadniczą rolę, rodzą się dzięki wyobraźni i są przez wyobraźnię podtrzymywane. A co może sobie wyobrażać człowiek, który żył w PRL-u? Można chyba w tym miejscu zacytować Timothy Garton Ash’a, który w swojej książce “Teczka” plastycznie nakreślił, co się dzieje w wyobraźni “żyjącego na podsłuchu”:
Siadam przy małym stoliku z plastikowej imitacji drewna w ciasnym pokoju Frau Schulz w Urzędzie Federalnego Pełnomocnika ds. Materiałów Państwowej Służby Bezpieczeństwa byłej NRD: w ministerstwie akt. Gdy otwieram teczkę, przypomina mi się pewien osobliwy moment z mojego życia w NRD.
Pewnego wieczoru w 1980 roku, gdy mieszkałem jako student w Berlinie Wschodnim, wróciłem z dziewczyną do pokoju mieszczącego się w odrapanej kamienicy z epoki wilchelmińskiej w dzielnicy Prenzlauer Berg. Był to pokój z widokiem – ale z widokiem w głąb niego. Duże oszklone drzwi wychodziły wprost na balkon i, gdyby nie firanki, mieszkający naprzeciwko mogliby zaglądać do środka.
Gdy obejmowaliśmy się na wąskim łóżku, Andrea nagle odsunęła się zrzuciła resztę ubrania, podeszła do okna i rozsunęła firanki. Włączyła oślepiające główne światło, po czym wróciła do mnie. Gdyby to było, powiedzmy, w Oxfordzie mógłbym być nieco zaskoczony jasnym światłem i rozsuniętymi firankami. Ale to był Berlin, więc nie myślałem o tym więcej.
To znaczy nie myślałem do chwili, kiedy dowiedziałem się o teczce. Przypomniałem sobie wówczas ten moment i zacząłem zastanawiać się czy aby Andrea nie pracowała dla Stasi i czy rozsunęła firanki, by można nas było sfotografować z przeciwnej strony ulicy.
Być może fotografie te czyhają w tej teczce, która przeglądała już Frau Schulz. Co takiego powiedziała? “Ma pan bardzo interesujące akta”.
Wyobraźnia to miejsce, w którym teraz działa SB. I nie może być inaczej, nie da się tego zmienić.
Po dłuższym czasie ona zaczyna czuć smak, zapach. Katatonia mija, wyciera nawet plecy swojego męża, który po zawale leży w szpitalu. Ale reżyser nie zostawia nas z nadzieją. Znowu błahe zdarzenie, struna drży ponownie. To pokolenie jest stracone (zdradzone) i nic (nikt) nie może mu pomóc. Odejdzie prześladowane przez swoje demony, których istnienia nawet nie jesteśmy w stanie się domyślić.
Michał Rosa zrobił film, który pomógł mi zrozumieć pokolenie moich rodziców. To dla mnie bezcenne. Nie jest łatwo go oglądać. I nie chodzi tu o parę głównych aktorów, którzy zapisali jeden z najlepszych rozdziałów swojej zawodowej kariery. Ta trudność polega na przejmującej pewności, że tysiącom (może milionom) ludzi zmarnowano życie przez systematyczne niszczenie zaufania do kogo lub czegokolwiek…
Rafał Biernacki


prowadzenie: dr Piotr Sobolczyk
termin/miejsce:
17.10.2008 (piątek) , godz. 16.00 / Collegium Novum, sala RKN
18.10.2008 (sobota), godz. 16.30 / Instytut Historii Sztuki UJ, ul. Grodzka 53, sala 40
program:omówienie z różnych perspektyw krytycznych tomu Mnemotechniki Jarosława Lipszyca (wyd. Krytyka Polityczna); prosimy o zapoznanie się z tekstem (dostępny w całości w Internecie)
Prosimy o nadsyłanie tekstów krytycznych w dowolnej formie i o dowolnej tematyce, w celu omówienia ich w pierwszym dniu warsztatów !!!
limit miejsc: 20
zapisy: adres e-mail u dołu strony
prowadzenie: Tomasz Charnas
termin/miejsce:
- 19.10.2008 (niedziela) godz. 14.30 / Instytutu Historii Sztuki, ul. Grodzka 53, sala 40
program: Konwersatorium pt. Krytycznoliteracka mapa Polski.
limit miejsc: 25
zapisy: adres e-mail u dołu strony
prowadzenie: Bogna Rosińska
termin/miejsce:
18.10.2008 (sobota), godz. 11.00 / Instytut Historii Sztuki UJ, ul. Grodzka 53, sala 40
19.10.2008 (niedziela), godz. 11.00 / Instytut Historii Sztuki UJ, ul. Grodzka 53, sala 40
program: praca na tekstach nadesłanych przez uczestników warsztatów (dotychczasowe recenzje, eseje lub inne artykuły krytyczne ? zarówno publikowane, jak i dotychczas nieznane szerszemu gronu czytelników)
UWAGA!!! Warunkiem uczestnictwa w warsztatach krytycznofilmowych jest nadesłanie ? wraz ze zgłoszeniem ? własnych próbek krytycznych do 15. 10. 2008 (śr.) na niżej podany adres.
limit miejsc: 20
zapisy: adres e-mail u dołu strony
25.10.2008 o godz. 17.00, przy ul. Gołębiej 14 (sala 72) odbędzie się też spotkanie z Michałem Oleszczykiem, dyrektorem tegorocznej edycji Festiwalu OFFCAMERA. Wszystkich zainteresowanych serdecznie zapraszamy! Szczegółowe informacje – niebawem na naszej stronie.
prowadzenie: Bartłomiej Chaciński
termin/miejsce:
25. 10. 2008 (sobota), godz. 14.00, ul. Gołębia 14, sala 72.
limit miejsc: 30
zapisy: adres e-mail u dołu strony
Uczestnictwo w warsztatach jest bezpłatne. Decyduje o nim kolejność zgłoszeń.
Proszę o wysyłanie zgłoszeń drogą mailową na adres: bartek@splot.art.pl
Odpowiedź o wpisaniu (lub niewpisaniu) na listę Uczestników wysyłamy w ciągu 2 dni od momentu otrzymania zgłoszenia.
Zgłoszenie powinno zawierać w tytule imię, nazwisko, rok i kierunek studiów Uczestnika. Dodatkowo, Filmoznawcy proszeni są o nadesłanie tekstu krytycznego swojego autorstwa.

Krakowska Szkoła Scenariuszowa jest inicjatywą, która powstała pod patronatem Uniwersytetu Jagiellońskiego, Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej oraz SKA Instytutu Sztuki. Założeniem szkoły jest wykształcenie profesjonalnych scenarzystów, wyposażenie ich w niezbędną wiedzę teoretyczną oraz umożliwienie zdobycia wiedzy praktycznej podczas warsztatów pod okiem doświadczonych wykładowców. Krakowska Szkoła Scenariuszowa daje możliwość wymiany doświadczeń z innymi początkującymi autorami scenariuszy, nawiązanie wartościowych kontaktów, a przede wszystkim na uzyskanie cennych wskazówek od Mistrzów podczas ich gościnnych wykładów. W trakcie 14 sesji trwających od listopada 2008 do października 2009 (z przerwą wakacyjną), studenci będą uczestniczyć w zajęciach z zakresu:
* języka filmu
* narracji i dramaturgii filmowej
* historii kina
* pracy z aktorem
* polskiej literatury współczesnej
* adaptacji filmowych
oraz w warsztatach scenariuszowych podczas których studenci pracować będą nad projektem scenariusza. Najlepsze z nich zgłoszone zostaną do konkursu, którego finałem będzie produkcja pełnometrażowej fabuły. Do grona wykładowców należą m.in. Janusz Głowacki, Marcin Koszałka, Piotr Uklański, Filip Bajon, Jerzy Stefan Stawiński, Piotr Wereśniak, Cezary Harasimowicz, Józef Hen, Andrzej Barański, Marcin Wrona, Grażyna Trela, Przemysław Wojcieszek, Wojciech Smarzowski, Andrzej Żuławski, Michał Oleszczyk, Piotr Kletowski, Piotr Marecki.
IDEA
Krakowska Szkoła Scenariuszowa opiera się na kształceniu w dwóch zakresach: – praktyczne opanowanie warsztatu i podstawowych pojęć związanych ze scenariopisarstwem (filmowe formy fabularne) – wiedza o filmie i literaturze (ze szczególnym uwzględnieniem polskiej literatury po 1989 roku) Podstawowa idea Krakowskiej Szkoły Scenariuszowej to nauczenie pisania scenariuszy według najnowszych standardów obowiązujących w świecie filmowym. Równie ważne zadanie Krakowskiej Szkoły Scenariuszowej to zainteresowanie scenarzystów i filmowców nową polską literaturą. Wielkość polskiego kina w PRL-u była wynikiem jego przyliterackiego statusu, który został poważnie zachwiany po przemianach ustrojowych 1989 roku. W programie kształcenia duży nacisk kładziony zostanie na historię najnowszej literatury oraz możliwości adaptowania jej na ekran. Krakowska szkoła Scenariuszowa nawiązuje do idei szkoły filmowej w Krakowie czyli powojennego Warsztatu Filmowego Młodych założonego przez A. Bohdziewicza (absolwenci m.in. W.J. Has i J. Kawalerowicz), a także późniejszego Studium Scenariuszowego.
FORMA ORGANIZACYJNA
Roczny kurs (pierwszy nabór 2008/2009). Zajęcia będą odbywać się co drugi weekend w piątek, sobotę i niedzielę.
FORMA ZAJĘĆ
Zajęcia mają charakter warsztatów i wykładów. Warsztaty prowadzone są w małych grupach, maksymalnie 10 osób.
WYKŁADOWCY
Kadra Krakowskiej Szkoły Scenariuszowej rekrutuje się spośród pracowników Uniwersytetu Jagiellońskiego, mistrzów polskiego kina oraz dzisiejszych praktyków pisania scenariuszy dla filmu i telewizji. Nauczycielami Krakowskiej Szkoły Scenariuszowej są osoby, które aktywnie współtworzą dzisiejsze polskie kino oraz literaturę.
STUDENCI
Studentami Krakowskiej Szkoły Scenariuszowej, deklarującymi chęć uczestniczenia w zajęciach I roku będą m.in. pisarze, którzy pracować będą nad filmowymi wersjami swoich powieści oraz artyści realizujący filmy,a także osoby z rekrutacji.
KOMPETENCJE ABSOLWENTA
Absolwent Krakowskiej Szkoły Scenariuszowej potrafi zrealizować scenariusz pełnometrażowego filmu fabularnego, posługuje się terminologią związaną ze scenariopisarstwem i posiada bardzo dobre rozeznanie we współczesnej literaturze polskiej oraz literackiej historii polskiego kina. Absolwent swobodnie porusza się w formach scenariuszowych przeznaczonych dla celów komercyjnych jak i artystycznych.
UWAGA!
- 3 x 10 tys. złotych dla najlepszych scenariuszy
Krakowska Szkoła Scenariuszowa oferuje 10 tysięcy złotych dla każdego z trzech studentów, których scenariusze, powstałe w efekcie kursu, zostaną uznane za najlepsze pośród wszystkich.
- II semestr gratis dla najlepszych
Dziesięciu kandydatów na studia z najlepszymi treatmentami, które zostaną przedłożone w trybie rekrutacji, będzie zwolnionych z opłaty za drugi semestr nauki w szkole. Czekamy na Wasze zgłoszenia!
Więcej informacji:

W tym roku OFFF organizowany jest przez Centrum Sztuki Współczesnej “Solvay”, będące jednostką organizacyjną Domu Kultury “Podgórze”,przy współpracy z CINEMA CITY “Zakopianka” współfinansowany przez Polski Instytut Sztuki Filmowej w Warszawie .
Festiwal odbędzie się w dniach 24, 25, 26 października. Dwa pierwsze dni to eliminacje i pokazy nadesłanych na konkurs filmów, oraz pokazy specjalne i premierowe w Centrum Sztuki Współczesnej “Solvay” w Krakowie, przy ulicy Zakopiańskiej 62. Ostatni dzień Festiwlu to finał, który odbędzie się w CINEMA CITY “Zakopianka” (tuz obok CSW “Solvay”)
Tegoroczny Festiwal współfinansowany jest przez Polski Instytut Sztuki Filmowej w Warszawie.Nagroda główna Festiwalu, to oprócz tradycyjnej statuetki pomarańczy, 5.000 zł przyznawane z przeznaczeniem na realizacje kolejnego filmu.
Jury przewiduje również przyznanie trzech wyróżnień ? nagroda w wysokości 1.000 zł każde.
Kolejne spotkanie z cyklu “24 klatki na sekundę – Historia polskiej animacji oczami młodych twórców” odbędzie się w czwartek 16 października 2008 roku o godz. 20.00 w Klubie Filmowym Lokator na krakowskim Kazimierzu (ul. Krakowska 27). Tym razem z widzami spotkają się Wiola i Robert Sowa, absolwenci krakowskiej ASP, członkowie SFP i Stowarzyszenia Twórców Filmu Animowanego, Eksperymentalnego i Video STUDIO A. W programie filmy twórców oraz spotkanie i rozmowa, które poprowadzi Mariusz Frukacz.
Robert Sowa (1972) – reżyser filmów animowanych, grafik. Absolwent Wydziału Grafiki ASP w Krakowie, gdzie pracuje obecnie jako asystent w Pracowni Filmu Animowanego prof. Jerzego Kuci. W czasie studiów zrealizował dwa filmy autorskie, oba wykonane metodą animacji przestrzennej: “Fryzjer” (1997) i “Portret we wnętrzu” (1999). Obie animacje brały udział w licznych festiwalach, m.in. w Czechach, Niemczech, Ukrainie. “Fryzjer” został nagrodzony Grand Prix festiwalu OFAFA, “Portret we wnętrzu” zdobył wyróżnienie na Festiwalu Filmów Krótkometrażowych w Krakowie. Filmy były także prezentowane na licznych przeglądach, m.in. w Centrum Pompidou w Paryżu, Museum of Modern Art w Nowym Jorku, podczas prezentacji The New Generation of Polish Cinema w Londynie, a film “Fryzjer” jest częścią stałej ekspozycji Galerii Sztuki Polskiej XX wieku w Muzeum Narodowym w Krakowie. W 2007 roku reżyser zaprezentował swój najnowszy film “Sekwens”. Od 1996 roku Robert Sowa nieprzerwanie współpracuje z Międzynarodowymi Warsztatami Filmu Animowanego w Krakowie.
Wiola Sowa (1972) – reżyserka filmów animowanych, graficzka. Absolwentka Wydziału Grafiki ASP w Krakowie. Dyplom, nagrodzony Medalem Rektora ASP, zrealizowała w Pracowni Filmu Animowanego prof. Jerzego Kuci. Animacje zrealizowane w czasie studiów: “Kropla wody” (1997), Marzenie” (1998), a przede wszystkim film dyplomowy “Pomiędzy nami”(2000), startowały w konkursach licznych festiwali krajowych i międzynarodowych (m.in. w Annecy, Lipsku, Dreźnie i Moskwie). Laureatka Stypendium Twórczego Miasta Krakowa w dziedzinie filmu ma na swoim koncie wyróżnienie zdobyte na 5. edycji OFAFY oraz Nagrodę Specjalną za walory artystyczne przyznaną przez jury 9. ETIUDY w Krakowie. Film “Pomiędzy nami” był prezentowany m.in. w Centrum Pompidou w Paryżu, na przeglądzie The New Generation of Polish Cinema w Londynie oraz w ramach objazdowej retrospektywy “55 lat polskiego filmu animowanego”. Za swój najnowszy film pt. “Refreny” (2007) zdobyła już Srebrnego Smoka, Srebrnego Lajkonika oraz nagrodę FIPRESCI na 48. Krakowskim Festiwalu Filmowym, Złotą Kreskę na festiwalu OFAFA, Nagrodę Specjalną Jury festiwali Monstra w Lizbonie oraz Animateka w Lublanie a także nagrodę publiczności na festiwalu Etiuda&Anima.
Serdecznie zapraszamy
Biuro festiwalowe “Etiuda&Anima”
oraz Dyskusyjny Klub Filmowy Rotunda
poszukuje praktykantów i wolontariuszy.
Zapraszamy do biura ul.Oleandry 1
30-060 Kraków, II piętro.
Więcej informacji pod nr. (12) 6333538 wew. 25
lub mail: dkfrotunda@etiudaandanima.com
Już 10. października najważniejsze wydarzenie towarzyskie w tym roku akademickim, które nie może Cię ominąć – IMPREZA INAUGURACYJNA UJ 2008 !!!
Studencie oraz Studentko przyjdź, zintegruj się ze społecznością żaków i dobrze się baw
Uwaga!
Bawimy się aż w dwóch klubach: w Żaczku (al. 3 Maja 5) oraz sąsiedniej Rotundzie (ul. Oleandry 1)
Oprócz tanecznej muzyki, zapewniamy konkursy z nagrodami a także inne, miłe niespodzianki jak Otrzęsiny Pierwszego Roku.
Startujemy od godziny 20. i bawimy się do białego rana
Wstęp oczywiście bezpłatny
Dla pierwszych 100 osób, piwo gratis !
Rozpocznij naukę od świetnej zabawy.
W 2000 roku państwa ONZ podpisały Deklarację Milenijną, w myśl której dołożą wszelkich starań, by pomóc najbiedniejszym krajom świata podnieść poziom ekonomiczny, poprawić warunki życia ich mieszkańców i zadbać, by podstawowe prawa człowieka były standardem, o który nikt nie musi się upominać. Postanowienia te zawarto w 8 Celach, których realizacja została wyznaczona na rok 2015. Polska należy również do grupy krajów, które podpisały ową deklaracje.
W związku z tym 15 września ruszył konkurs pod hasłem MAKE IT HAPPEN. Jest to możliwość do zaprezentowania się młodych twórców filmów krótkometrażowych. Tematyka obowiązująca w konkursie dotyczy Milenijnych Celów Rozwoju oraz ich kreatywnej promocji poprzez różne środowiska przekazu. Konkurs skierowany jest do młodych ludzi z Polski, Cypru, Czech i Węgier. Zwycięzca otrzyma nagrodę finansową i zaprezentuje swoją pracę na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym “Afrykamera” w Krakowie.
Szczegóły konkursu wraz z regulaminem znajdują się na stronie pl.youth4world.com/konkurs/
Organizatorem konkursu jest Salezjański Wolontariat Misyjny Młodzi Światu w ramach projektu “Youth Ambassadors for MDGs” finansowanego ze środków Komisji Europejskiej.
Regulamin konkursu MAKE IT HAPPEN na film
Maciej Gil
Zakończył się 33. Festiwal Polskich Filmów Fabularnych. Z Gdyni do domu w Krakowie mam daleko, a czas spędzany w pociągu (PKP niestrudzenie wydłuża czas podróży…) służy dumaniu i podsumowaniu… Oto garść refleksji zrodzonych podczas tej peregrynacji.
Dobry to był rok dla polskiego kina. Gdy filmów udanych, bardzo dobrych jest więcej niż 5, to śmiem twierdzić, że jest bardzo dobrze. A w moim subiektywnym rankingu jest ich 6. Podaję w kolejności przypadkowej:
“Cztery noce z Anną” Jerzego Skolimowskiego. Fenomenalny powrót tego autora po 17 latach milczenia, rzadko udają się takie powroty. Otrzymujemy niebanalną opowieść miłosną, czy raczej – opowieść o przytłaczającej samotności, przez którą próbuje przedrzeć się uczucie. Znakomicie skonstruowany, przemyślany, precyzyjny film, z wyczuciem detalu, jakiego próżno szukać (40 dni zdjęciowych zrobiło swoje). Nagroda za… dźwięk (Federic de Ravignan, Philippe Lauliac, Gerard Rousseau), wyróżnienie za reżyserię. Plus pozaregulaminowa Nagroda organizatorów festiwali i przeglądów polskich filmów za granicą. Tak, to zdecydowanie jeden z najbardziej niedocenionych filmów tego Festiwalu.
“Mała Moskwa” Waldemara Krzystka. Opowieść miłosna, jakich mało. “Melo” dwustuprocentowe. W tle miłości Polaka do Rosjanki/Rosjanki do Polaka – Legnica (Polacy i mieszkańcy garnizonu wojsk radzieckich w proporcjach pół na pół) w pamiętnym 1968 roku. I choć mnie osobiście nie (wz)ruszyła ta opowieść, to doceniam i przytakuję, bo jak to jest zrobione! A jak zagrane! Będzie kinowy hit (mam nadzieję)! Grand Prix Złote Lwy, Nagroda za pierwszoplanową rolę żeńską (Swietłana Chodczenkowa). Plus pozaregulaminowe Nagrody Rady Programowej TVP oraz Prezesa TVP (dla filmu i dla Chodczenkowej).
“Boisko bezdomnych” Kasi Adamik. To kawał (spory, dwie godziny z okładem) świetnej filmowej roboty – dzieło sprawnie zrealizowane, fenomenalnie zagrane, fabularnie skonstruowane nieco na amerykańską modłę, podbudowaną nieco łatwym patriotyzmem, ale to nie przeszkadza upajać się ekranową opowieścią być może najintensywniej ze wszystkich konkursowych dzieł. Nagrody za kostiumy (Katarzyna Lewińska, Magdalena Rutkiewicz) i dla Eryka Lubosa za brawurową drugoplanową rolę męską. Plus pozaregulaminowa Nagroda Publiczności Silver Screen (tak, ten film na pewno będzie się podobał widzom).
“33 sceny z życia” Małgorzaty Szumowskiej. Przyznam na wstępie, że nie jestem szczególnym miłośnikiem twórczości tej autorki, choć przyznaję – z filmu na film jest coraz lepiej! Aż boję się pomyśleć, co będzie dalej, skoro teraz jest tak dobrze! Piękny, osobisty film (kto zna historię rodziny Szumowskich, ten wie, skąd inspiracje), w którym wszystko jest na miejscu i po coś, a jednocześnie nie ma grama dosłowności i stawiania “kropki nad i”. Razi nieco Julia Jentsch mówiąca głosem Dominiki Ostałowskiej (po co do dubbingu zapraszać aktorów o tak rozpoznawalnym głosie?!?), ale poza tym – chapeau bas! Nagrody za reżyserię, drugoplanową rolę żeńską (Małgorzata Hajewska-Krzysztofik), zdjęcia (Michał Englert), muzykę (Paweł Mykietyn). Plus pozaregulaminowe Nagrody dziennikarzy oraz Sieci Kin Studyjnych i Lokalnych.
“Jeszcze nie wieczór” Jacka Bławuta. Reżyser do rany przyłóż, przezdolny i delikatny, z wielkim doświadczeniem w dokumencie plus cudowni mieszkańcy Domu Artystów Weteranów Scen Polskich plus faustyczny żywioł pod postacią Jana Nowickiego – niewielka była szansa, że to się nie powiedzie. I powiodło się! To nie tylko hołd wiekowym artystom, nie tylko portret niezwykłego zjawiska, jakim jest Dom w Skolimowie – to opowieść o życiu, przemijaniu, sztuce, miłości i całej galerii innych wielkich pojęć. Ale bez zadęcia i bez moralizatorstwa. Brawo, brawo, brawo! Srebrne Lwy za film i Nagroda za najlepszą rolę męską (Jan Nowicki).
“Bracia Karamazow” Petra Zelenki. Największy przegrany. Na etapie kwalifikacji do konkursu były podobno wątpliwości, czy to aby film polski (polsko-czeska koprodukcja, budżet mniej więcej pół na pół), ostatecznie zdecydowano, że tak, i że może startować w konkursie. I słusznie! Od początku festiwalu w kuluarach słychać było jednak opinie, że to zdecydowanie produkcja czeska, bo czeski reżyser, bo czescy aktorzy, bo znakomita większość dialogów po czesku… Ale jeśli film został zakwalifikowany, to takie dywagacje osobiście uważam za absolutnie bezpodstawne. Nie widzom i nie jurorom decydować o tym, jaka to produkcja – skoro decyzją włodarzy Festiwalu znalazł się w konkursie, to podlega ocenie na równi z pozostałą piętnastką. Bo ważne, że jego akcja rozgrywa się w Polsce, że niemal połowa sztabu była polska, że trafnymi obserwacjami mówi o współczesnej Polsce więcej niż niejeden “czysto” polski film, wreszcie – że to dzieło ze wszech miar udane! “Bracia Karamazow” otrzymali jedynie pozaregulaminowego Don Kichota – Nagrodę Polskiej Federacji Dyskusyjnych Klubów Filmowych (świetne uzasadnienie: “za to, że mimo usilnych starań nie ma się do czego przyczepić”!), główne jury pominęło to dzieło całkowicie. I tej decyzji nie pojmuję.
Czas na filmy mniej udane, ale do obejrzenia bez większych zgrzytów. To “Lekcje pana Kuki” Dariusza Gajewskiego – film znakomicie zrealizowany, warsztatowo bez zarzutu, ale treściowo bez temperatury i emocji; obejrzałem go i – tyle. To “Drzazgi” wreszcie debiutującego Macieja Pieprzycy – przyjemnie i ciekawie opowiedziane i skomponowane historyjki z życia trójki młodych ludzi ze śląskiego miasta; parę razy twórcom udało się inteligentnie wyprowadzić w pole moje przewidywania, a to bardzo lubię w kinie (Nagrody za debiut reżyserski oraz za debiut aktorski dla Karoliny Piechoty i za montaż dla Leszka Starzyńskiego). To “Rysa” Michała Rosy – doceniam temat, starania i (do pewnego stopnia) aktorstwo, ale w sumie film mnie zmęczył, zniechęcił i niewiele z niego we mnie zostało – może to, jak niektórzy próbują tłumaczyć, kwestia pokoleniowa (Nagroda za scenariusz dla Michała Rosy oraz wyróżnienia specjalne za role dla Jadwigi Jankowskiej-Cieślak i Krzysztofa Stroińskiego). To “0_1_0″ Piotra Łazarkiewicza, niewątpliwie najlepszy film tego przedwcześnie zmarłego reżysera, mówiący co nieco o współczesnej Polsce i Polakach, ale obciążony zanadto teatralnym rodowodem i teatralną realizacją (Nagroda Stowarzyszenia Filmowców Polskich za twórcze przedstawienie współczesności).
I przyszła kolej na zamykające stawkę filmy. Nie udała się Magdalenie Piekorz “Senność”. Niestety, mocno kuleje tu scenariusz, kreślony strasznie grubą krechą, a z tym wiąże się nierozerwalnie fakt, że aktorzy nie bardzo mają co grać, trochę szkoda (zagadkowa Nagroda Publiczności…). “Lejdis” Tomasza Koneckiego obejrzałem kiedyś wcześniej. W sumie szkoda się rozpisywać na temat tego dzieła. Niech tam sobie będzie, niech go oglądają, zwłaszcza, że jako jedyny z konkursowych filmów nie korzystał ze środków PISF. “Niezawodny system” Izabeli Szylko miał być hołdem dla Aliny Janowskiej, zdyskontowaniem sukcesu wspaniałego filmu “Pora umierać” (hasło reklamowe “Niezawodnego systemu”: “Pora wygrywać”…), ale niestety – choć scenariusz był obiecujący, to scenarzystka zabrała się też za reżyserię i skończyło się porażką. Czuć w tej opowieści brak zdecydowanej, pewnej ręki reżysera, widać na ekranie wręcz zagubienie aktorów. Szkoda, zwłaszcza Aliny Janowskiej mi szkoda – mam nadzieję, że i dla niej przyjdzie czas na godne i udane dzieło-hołd. Natomiast wychodząc z kina po “Sercu na dłoni” Krzysztofa Zanussiego czułem się, jakby ktoś przez cały seans obrażał moją inteligencję i poczucie estetyki, także poczucie humoru, bo film reklamowany jest jako “czarna komedia”. Fatalny, przewidywalny i do bólu dosłowny scenariusz, którego nie mogli uratować nawet nieźli aktorzy z Bohdanem Stupką na czele. Bzdurny film wyraźnie obliczony na łatwy zysk i powodzenie wśród niewymagającej publiczności. Nic niewymagającej.
Przyznać muszę uczciwie, że nie widziałem ani “Drogi do raju” Gerwazego Reguły (przypadkiem), ani “Rancza Wilkowyje” Wojciecha Adamczyka (z premedytacją).
Na koniec jedno zdziwienie i jedno zdegustowanie. Zdziwienie: ostatni film zmarłego niedawno Witolda Leszczyńskiego (dokończony przez Andrzeja Kostenkę) “Stary człowiek i pies” znalazł się poza konkursem – także ku zaskoczeniu producenta Janusza Morgensterna. Dlaczego? Próżno dociekać. Nie jest to dzieło w pełni udane, ale ujmujące szczerością i przesiąknięte atmosferą przemijania. Niewątpliwie lepsze od kilku filmów wyżej wymienionych. A poza tym – to należało się Leszczyńskiemu, kilka razy z Gdańska/Gdyni wywoził przecież najwyższe laury… Zdegustowanie: kto zgadnie, kto jest najważniejszą, najgorętszą postacią polskiego kina? Otóż – Doda! Doda, która przez chwilę pojawia się w roli samej siebie (śpiewa na imprezie u pewnego krezusa) w filmie Krzysztofa Zanussiego. Kolejny tani efekt marketingowy, zdaje się, że podpowiedziany przez producenta i skwapliwie podchwycony przez twórcę. Niemniej – na nieobecność Dody w Gdyni narzekali realizatorzy filmu, dziennikarze, łowcy autografów… Nawet gazetka festiwalowa odnotowała ten jakże bolesny brak.
Komentarz do werdyktu? Moim zdaniem jest trafiony. Grand Prix to nie był strzał w dziesiątkę, ale nie jest to też pudło – raczej pójście za głosem i emocjami ludu (film świetnie przyjęty, wiele chusteczek łzami zroszonych). Świetny Artur Steranko z “Czterech nocy z Anną” znalazł wielkiego rywala w Janie Nowickim i przegrał. O wielkich niedocenionych/pominiętych już pisałem – to Jerzy Skolimowski i Petr Zelenka, ten ostatni z całym zastępem znakomitych aktorów (Ivan Trojan!), operatorem (Saša Šurkala) i kompozytorem (Jan A. P. Kaczmarek). Śmiem twierdzić, że ostatecznie krzywdą dla nich było włączenie “Braci Karamazow” do konkursu. Nie było na pewno nagród niezasłużonych i to, choćby w kontekście werdyktu ubiegłorocznego, cieszy.
W konkursie wystartowało tylko 16 z ponad trzydziestu anonsowanych w tym roku polskich produkcji. Warto zauważyć, że namnożyło się nam koprodukcji – polsko-czescy “Bracia Karamazow”, polsko-austriackie “Lekcje pana Kuki”, polsko-niemieckie “33 sceny z życia”, polsko-ukraińskie “Serce na dłoni”, polsko-francuskie “Cztery noce z Anną”. Fajnie. I ciekawe, że “Mała Moskwa”, grana niemal w komplecie przez Rosjan i po rosyjsku, to produkcja czysto polska. Zresztą zagranicznych aktorów w ogóle sporo w tym polskim kinie (Jentsch u Szumowskiej, Stupka u Zanussiego, Austriacy u Gajewskiego, Czesi u Zelenki). Czy z tych faktów można wysnuć wniosek, że polskie kino się ono europeizuje, czy wręcz “światyzuje” – w każdym razie osiąga bardziej międzynarodowy wymiar? Oby.
© pati 2007. | Redakcja: ???